FORUM INSOMNIA
zabawa imprezy problemy przemyślenia seks

∑ temat został odczytany 14718 razy ¬


ZAREJESTRUJ SIĘ I ZALOGUJ NA FORUM, TO NIC NIE KOSZTUJE!
PO ZALOGOWANIU BĘDZIESZ MÓGŁ ZOBACZYĆ WYPOWIEDZI SPECJALISTÓW I WYŁĄCZYĆ REKLAMY

 
ROZRYWKA | Polityka
Przegląd prasy 
[powiadom znajomego]    
Autor "Przegląd prasy"   
 
Helevorn
 Wysłana - 18 październik 2004 19:53       
 
Przeniesiona przez curf z działu 'Prawo i Ekonomia'. | zgłoś naruszenie regulaminu

Sprawdź swoje BMI

Proponuje zeby w naszym dziale powstal temat w ktorym bedziemy sie zajmowac przegladem prasy (zarowno tej codziennej jak i tygodnikow). Nie mam tu jednak namysli kopiowania tego o czym mozemy posluchac np. na TVN 24. Mam raczej na mysli to, iz w tym temacie powinny sie pojawiac rekomendacje dotyczace pojedynczych artykulow/wiadomosci prasowych ktore waszym zdaniem zasluguja na przeczytanie. Wiele z nich pozniej moze sie stac zrodlem ciekawych dyskusji na forum. Co wy na to? Jesli widzicie w tym szanse na rozwoj dzialu POLITYKI to proponuje jesli byloby to mozliwe - podwiesic ten temat.

A na poczatek pare moich rekomendacji:

WPROST nr 41/2004 ---> bardzo ciekawy artykul historyczny na temat klamstw polskich mediow dotyczacych kampanii wrzesniowej w 1939 roku i jej przebiegu (informowano Polakow m.in. o zbombardowaniu Berlina przez polskie lotnictwo - sic!)

FORUM nr 40/2004 ---> artykul na temat antysemityzmu w Hiszpanii i we Francji - jesli ktos mysli ze w Polsce jest najwiecej antysemitow na swiecie to powinien sie zapoznac z tym tekstem

WPROST nr 42/2004 ---> artykul Wildsteina o przekornym tytule "Niezbednik lewego inteligenta" - osmieszenie dolaczanego do POLITYKI co pare miesiecy "Niezbednika inteligenta", POLECAM ---> [http://www.wprost.pl/ar/?O=68804&C=57]

A takze szokujacy news o mordercy ks.Popieluszki ktory dzis pracuje w mediach - [wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2344413.html]
______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

 
Crombie
 Wysłana - 18 październik 2004 21:06      [zgłoszenie naruszenia]

OK dobre... rzeczywiscie nie ma sensu zasmiecac działu wklejajac kupe artów. po prostu do jednego i co cieakwe wrzucac, i potem ew. komentowac
_______________________________
 
MARIO PUZO - "GodFather" - My Bible
mafia.heyah.poSiTiFni.LeFy.Slang.pl - Szef mafii
Ojciec Chrzestny swojej mafii i Blinka
MODERATOR Działu Polityka...;-)

 
Tweester
 Wysłana - 18 październik 2004 22:17      [zgłoszenie naruszenia]

Dobry pomysł! Zróbmy sobie własne BTG Modzi do roboty
_______________________________
 


 
Helevorn
 Wysłana - 20 październik 2004 11:29      [zgłoszenie naruszenia]

Artykul dla zainteresowanych historia a zwlaszcza konfliktem na Bliskim Wschodzie:


Klucz Samsona
Tygodnik "Wprost", Nr 1142 (17 października 2004)


Czy Izrael wygrałby wojnę Jom Kippur, gdyby nie miał atomowego straszaka?

Henryk Szafir z Jerozolimy

Konflikt atomowy groził światu podczas wojny Jom Kippur w takim samym stopniu jak podczas kryzysu kubańskiego 1962 r. W październiku 1973 r. Izrael niczym biblijny Samson gotował się do unicestwienia swoich wrogów, by zginąć razem z nimi - wynika z dokumentów ujawnionych niedawno w Izraelu.

Uzbroić Jerycha
6 października, godzina 6 rano. Podziemny bunkier dowodzenia w Ministerstwie Obrony w Tel Awiwie. Kilka godzin przed atakiem Egiptu i Syrii minister obrony Mosze Dajan zwołuje nadzwyczajne posiedzenie sztabu generalnego. Szef Mossadu Cwi Zamir od dwóch dni ostrzega, że zbliża się wojna i powołuje się na " pewne doniesienia z pierwszej ręki". Dajan wie, że chodzi o informacje przekazane Izraelowi przez Abdula Nasera, zięcia byłego prezydenta Egiptu. W tym czasie z Kairu nadchodzi kolejny alarmujący meldunek: wojna wybuchnie na froncie egipskim i syryjskim dokładnie o 17.15. Minister obrony przypomina sobie dziwną rozmowę telefoniczną z pewną osobistością jordańską (prawdopodobnie chodzi o króla Husajna), podczas której próbowano go ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.
Większość zebranych sztabowców jest nastawiona optymistycznie: w każdej sytuacji poradzimy sobie z Arabami, a zresztą kto mówi o wojnie? Przesadna pewność siebie generałów zaczyna irytować Dajana. Skrótowy stenogram z ostatniego przed wojną posiedzenia izraelskiego sztabu generalnego, opublikowany po raz pierwszy za telawiwskim "Yedioth Ahronoth", wskazuje, że minister obrony zmienia nagle zdanie i na wszelki wypadek rozkazuje przygotować do działań operacyjnych rakiety typu Jerycho. W bunkrze wszyscy wiedzą, że są one przystosowane do przenoszenia głowic atomowych.
Szef sztabu gen. David Elazar: - Wszystko będzie dobrze. Będziemy gotowi na czas. Główne siły rezerwy znajdą się na pozycjach wyjściowych w godzinach popołudniowych. Za chwilę postawimy też nasze lotnictwo w stan najwyższej gotowości bojowej. Lepiej dmuchać na zimne niżÉ
Dajan: - Co z rakietami Jerycho?
Elazar: - Będą gotowe w ciągu 12 godzin.
Dajan: - Należy je uzbroić w nocy. Muszą być gotowe.

Nowa Masada
9 października, godzina 4 rano. Podziemny bunkier dowodzenia w Tel Awiwie. Jeszcze wczoraj pokładano ogromne nadzieje w kontrofensywie na pustyni Synaj, ale operacja generała Brena załamała się już po kilku godzinach. Armia izraelska poniosła bolesne straty. Na kierunku syryjskim sytuacja nie była dużo lepsza. Szef sztabu gen. David Elazar: - Nasza sytuacja jest bardzo zła. Brenowi nie udało się wbić klinem w pozycje egipskie. Straciliśmy kilkaset czołgów. Na północy Syryjczycy otworzyli sobie drogę na Tyberiadę. Pokładałem duże nadzieje w kontrofensywie, ale teraz nie bardzo wiem, w jaki sposób możemy złamać Egipcjan i Syryjczyków.
Po jakimś czasie do zebranych przyłącza się minister obrony Mosze Dajan. Ze wspomnień opublikowanych ostatnio przez niektórych uczestników odprawy wynika, że spanikowani generałowie zaczynają mówić o "zburzeniu trzeciej świątyni", czyli o zbliżającej się zagładzie nowożytnego państwa żydowskiego. Atmosfera apokalipsy udziela się również Dajanowi, który zaczyna oceniać rozwój wydarzeń w kategoriach mistycznych i biblijnych. - Urządzimy tu jeszcze jedną Masadę - mówi jeden z generałów, nawiązując do powstania Żydów przeciwko Rzymianom z 73 r. n.e. Ostatni bojownicy popełnili wówczas zbiorowe samobójstwo w Masadzie, nie chcąc się poddać legionistom.
Generał Elazar: - Musimy uczynić coś takiego, żeby Arabowie złapali się za głowę i krzyknęli: stop. W bunkrze zapanowała cisza. Seymour M. Hersh tak pisze o tym w książce "Opcja Samsona": "Kierownictwo izraelskie zdawało sobie sprawę, że zbliża się koniec i dlatego postanowiło użyć broni atomowej. Premier Golda Meir naciskała, by rakiety z głowicami atomowymi zostały wycelowane we wrogie państwa arabskie. Jednocześnie z podziemnych bunkrów na pustyni Negew przetransportowano do pewnej bazy lotnictwa strategicznego nieznaną liczbę bomb atomowych".
Ronen Bergman i Gil Melzer ujawniają obecnie po raz pierwszy, że w czasie dramatycznego posiedzenia sztabu generalnego 9 października jeden z generałów brygady, który uczestniczył w odprawie w charakterze doradcy, rzucił się na zastępcę szefa sztabu gen. Tala. Krzycząc i płacząc, zaklinał go, żeby powstrzymał "wariatów", którzy przygotowują zagładę atomową. "Tal, człowiek o ogromnym autorytecie i umiarkowanych poglądach, pisał później o tamtych dniach: - Obawialiśmy się nowej zagłady. Tylko natychmiastowe przerwanie wojny mogło nas uratować. Tu już nie chodziło o przegraną wojnę, lecz o nasze fizyczne istnienie".

Palce na guzikach atomowych
Stany Zjednoczone weszły do akcji 9 października. Ambasador Izraela w Waszyngtonie Symcha Dinitz zaklinał Henry`ego Kissingera: "Musicie nam pomóc. Na froncie egipskim straciliśmy setki czołgów. Nasi czołgiści palą się żywcem. Straciliśmy dużo samolotów. Przyślijcie nam broń, nie chcemy waszych żołnierzy".
Prezydent Nixon miał w tym czasie na głowie aferę Watergate. Kissinger przekonywał go, że cały Bliski Wschód może wpaść w ręce Rosjan. Dopiero po kilku dniach Nixon uruchomił most powietrzny, który pozwolił Izraelowi na przejęcie inicjatywy. Jeden z byłych pracowników amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego nie wyklucza, że tym, co ostatecznie przekonało Nixona do udzielenia pomocy, była zawoalowana groźba Goldy Meir użycia broni atomowej.
22 października, już pod koniec wojny, Izrael z premedytacją naruszył porozumienie o przerwaniu ognia. Chodziło o zamknięcie okrążenia egipskiej 3. armii. W tym czasie jednostki izraelskie pod dowództwem generała Ariela Szarona działały już w Afryce, po drugiej stronie Kanału Sueskiego. To, co zaczęło się jako wielka klęska, zamieniło się w ciągu dwóch tygodni w bezprecedensowe zwycięstwo. Kilkaset tysięcy żołnierzy egipskich znalazło się w kotle. Izraelczycy byli w odległości 101 km od Kairu. Naruszenie przerwania ognia na taką skalę doprowadziło do gwałtownej konfrontacji dyplomatycznej między ZSRR a USA. Na Kremlu domyślano się, że Izrael otrzymał z Waszyngtonu zielone światło i dlatego ruszył do przodu. Za słowami Rosjan poszły czyny: 23 października ZSRR zaczął przerzucać duże siły wojskowe w sąsiedztwo Bliskiego Wschodu. Dwa dni później również prezydent USA zażądał wstrzymania ofensywy przeciwko Egiptowi, a 25 października Izrael otrzymał od Rosjan ultimatum: albo wracacie na linię przerwania ognia, albo wkraczamy do walki. W związku z tym Amerykanie następnego dnia ogłosili w siłach zbrojnych stan pogotowia, a kilka godzin później Nixon ogłosił najwyższy stan pogotowia atomowego. Rosjanie skierowali bowiem na Bliski Wschód kilka eskadr lotnictwa strategicznego Układu Warszawskiego, które stacjonowały w Bułgarii. Z odtajnionych dokumentów wynika, że Breżniew zadzwonił w tamtych dniach do Nixona, żądając, by Izrael uwolnił egipską 3. armię i groził "strasznymi konsekwencjami".
Właśnie po tej rozmowie amerykański prezydent ogłosił alarm atomowy US Defcon III. Tydzień wcześniej wywiady izraelski i amerykański odkryły, że niektóre okręty radzieckiej floty wojennej na Morzu Śródziemnym pozostawiają ślady "radioaktywne", a w rejonie delty Nilu Rosjanie rozlokowali dwie brygady rakiet uzbrojonych w głowice atomowe i wycelowanych w Izrael. Doradcy prezydenta USA brali pod uwagę najgorsze możliwości: albo Rosjanie rzeczywiście dokonają uderzenia atomowego, chcąc uratować Egipt, albo Izrael wiedząc, co się szykuje, zada prewencyjne uderzenie atomowe. W kuluarach Białego Domu ponownie zaczęto mówić o "opcji Samsona". Po kilkudziesięciu godzinach ogromnego napięcia Breżniew ponownie zadzwonił. Tym razem przywódca radziecki proponował rozmowy. W końcu Rosjanie zdemontowali rakiety nad Nilem, a Amerykanie anulowali pogotowie atomowe.
Wyniki "wojny sądnego dnia" byłyby najprawdopodobniej zupełnie inne, gdyby Izrael nie miał straszaka atomowego. Dziś, 31 lat po tym wydarzeniu, po atomowy straszak przeciw Izraelowi sięga Iran.

_______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

 
Helevorn
 Wysłana - 20 październik 2004 12:10      [zgłoszenie naruszenia]

A tak swoja droga to zapraszam do zajrzenia do tematu o ks.Popieluszce: [http://www.insomnia.pl/temat157703/]
_______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

 
Helevorn
 Wysłana - 23 październik 2004 17:18      [zgłoszenie naruszenia]

2 ciekawe artykuly z dzisiejszej Rzeczpospolitej:

[http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_041023/plus_minus_a_4.html] - artykul dotyczacy jednej z hipotez na temat smierci ks.Popieluszki

[http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_041023/plus_minus_a_6.html] - artykul Ireneusza Krzeminskiego na temat Milosza i polskiego swiatopogladu
_______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

 
Helevorn
 Wysłana - 23 październik 2004 17:20      [zgłoszenie naruszenia]

Wywiad z Janem Rokita ktory ukazal sie w Najwyzszym Czasie:

Zmiany w domu wariatów

Rafał Pazio

O referendum przygotowywanym przez Platformę Obywatelską, dzięki któremu ma być możliwe wprowadzenie ordynacji większościowej w wyborach do Sejmu, likwidacja Senatu, zmniejszenie liczby posłów o połowę i zniesienie immunitetu poselskiego - z liderem PO Janem Rokitą rozmawia Rafał Pazio.

- Ordynacja większościowa ma, według polityków Platformy, doprowadzić do zmniejszenia wpływu ścisłych sztabów partyjnych na kierowanie państwem. Z punktu widzenia wyborców ordynacja większościowa może okazać się korzystna. Jednak z posłów wybranych w ramach ordynacji większościowej trudno będzie wyłonić skuteczny aparat władzy. Zaplecze rządu klecone naprędce może powstawać dzięki propozycjom korupcyjnym. Czy politycy Platformy wzięli to pod uwagę?



- Kraje, które mają wieloletnią tradycję wyborów większościowych, tak jak Wielka Brytania, mają wysoki poziom moralnej kultury życia publicznego. Kraje o tradycji wyborów proporcjonalnych, takie jak Włochy czy Polska, są krajami o bardzo wysokiej korupcji. Fakty przeczą obawom, które przedstawił pan w pytaniu. Ostatnio w Polsce pod rządami prawa proporcjonalnego jesteśmy świadkami, do czego ono prowadzi.



- Ale rządowi nie będzie łatwo zbudować zaplecza politycznego w parlamencie, co więcej, jak w ogóle wyłonić rząd?



- Doświadczenie znów mówi, że w krajach o tradycji jednomandatowych okręgów wyborczych nie istnieją żadne problemy ze złożeniem rządów. Może pojawią się w przyszłości. Natomiast regularne problemy ze skleceniem rządów i dość dramatycznym ich upadaniem istnieją właśnie w krajach o tradycji proporcjonalnej. W obu tych kwestiach problem ordynacji jest neutralny. Zaleta ordynacji jednomandatowej polega na tym, że jest absolutnie dowiedzione to, że w państwach o słabym i niestabilnym systemie demokratycznym zyskanie społecznego poparcia jest względnym, ale najlepszym weryfikatorem jakości polityków. Wszystkie inne sposoby weryfikacji wypadły bardzo źle. W szczególności złą metodą okazał się mechanizm selekcji poprzez partyjne sztaby.



- A czy nie uważa Pan, że należałoby pójść dalej i zaproponować utworzenie systemu prezydenckiego zamiast parlamentarno-gabinetowego?



- To jest absolutnie otwarta sprawa. Wychodzimy z założenia, że te cztery zmiany, które proponujemy w referendum, są to zmiany oczyszczające. Nie budują zasadniczo nowego ustroju, tylko oczyszczają dotychczasowy, likwidując różne wady. Na tym chcemy skoncentrować referendum. Jeśli nam się to referendum uda przeprowadzić, a myślę, że tak, i jeśli uda się je wygrać - a jeżeli do niego doprowadzimy, to wygramy - zapewne zaproponujemy wtedy dalej idący zakres zmian konstytucyjnych. Głównie w takich sprawach, jak mechanizm tworzenia prawa, który jest bardzo trudny do ujęcia w postaci pytania referendalnego, a jest dramatycznie zły.

Dalej chcemy dyskutować o sposobie podziału władzy pomiędzy prezydenta i rząd, czyli ustosunkować się do dwugłowej egzekutywy w Polsce. Prowadzi ona do regularnego paraliżu władzy. Mamy ambicję, żeby zaproponować dalej idące konstytucyjne zmiany. Na razie robimy pierwszy krok polegający na oczyszczeniu systemu.



- Dzisiaj mamy w Polsce dwa rządy: sejmowy i prezydencki, które nawzajem się szachują. Państwo jest przez to niesterowne. Czy można się spodziewać, że politycy Platformy zaproponują system prezydencki?



- Jest to wielce prawdopodobne.



- A więc dlaczego nie w referendum?



- Ponieważ przyjęliśmy inne założenia dla referendum. Nie chcemy dziś toczyć sporu politycznego o kwestie, w których rozstrzygnięcie nie jest oczywiste. Co nie jest oczywiste w kwestii ustroju egzekutywy? Nie jest oczywiste to, czy w polskich warunkach łatwiej i efektywniej da się wprowadzić egzekutywę kanclerską, czy prezydencką. Jedna i druga jest dobra. To dwugłowa jest zła. Toczenie w referendum takiego sporu, że my proponujemy model prezydencki, a inni kanclerski - jest rozbijaniem formy naszego pomysłu.



- Czyli może Pan dzisiaj zadeklarować, że kolejnym etapem po wygranym referendum będzie dyskusja o tym, żeby zmienić dwugłową egzekutywę?



- Zdecydowanie tak. Trzeba jeszcze powiedzieć, że konstytucja z 1997 roku jest zła. Głosowałem przeciwko niej. Paradoks rozstrzygnięcia konstytucyjnego polega na tym, że ono oddaje realną władzę premierowi, który ma bardzo słaby mandat polityczny, bo jest niesiony wichrami układów partyjnych i bardzo słabą władzę prezydentowi z potężnym mandatem społecznym i politycznym. Premier, który powinien rządzić, nie jest w stanie tego robić, bo się miota pomiędzy uzyskiwaniem poparcia Łapińskiego i kogoś tam jeszcze. A prezydent, który mógłby rządzić - nie ma do tego uprawnień. To jest dom wariatów.



- Czyli Panowie rozważają model: rządzący z mandatem społecznym.



- Dokładnie o to chodzi.



- Politycy Platformy opowiadają się za likwidacją Senatu. Czy rozważacie jednak pomysł, aby Senat stał się obrońcą samorządności przed zamysłami władzy centralnej?



- To jest możliwa alternatywa. 15 lat debaty o Senacie kończy się jedną konkluzją, żeby pozostawić go takim stanie, w jakim powstał przy "okrągłym stole", czyli bez żadnego sensu. Gdyby istniała w Polsce szansa, żeby Senat został, jak to się zwykło mówić, instytucją namysłu i rozwagi, formą ograniczania "dyktatury" sejmowej, to byłoby bardzo dobrze. Jednak presja na to, żeby w Polsce wszystko było upolitycznione, jest tak potężna, że likwidacja instytucji zdegenerowanych jest łatwiejsza niż przebudowanie ich w tym kierunku, żeby zostały odpartyjnione. Straciliśmy wiarę w taką przebudowę i stąd propozycja likwidacji Senatu.



- Jaki sens ma całkowite zniesienie immunitetu poselskiego, kiedy wiadomo o wielkim wpływie na życie polityczne służb specjalnych i różnych agentur?



- Znam ten argument, że skorumpowani prokuratorzy i politycznie dyspozycyjne służby specjalne przed ważnymi głosowaniami wyaresztują połowę Izby. Nie ma na ten argument żadnej dobrej odpowiedzi. Jeżeli założymy, że Polska jest republiką bananową, to immunitet i tak nie pomoże. My nie możemy jednak założyć, że Polska jest republiką bananową, ale stała się nią przez rządy SLD. To trzeba odwrócić. Nie można uznać, że nienormalność jest normalnością i w związku z tym trzeba utrzymywać różne formy zabezpieczenia się przed nienormalnością. Dziś immunitety mają posłowie, a członkowie rządu ich nie mają. Przed posiedzeniem Rady Ministrów ci skorumpowani prokuratorzy czy dyspozycyjne służby specjalne mogą zgarnąć połowę ministrów,

a jednak tego nie robią. Obawy przed jakimś tajemniczym aresztowaniem posłów podnosi PiS. Oczywiście musimy uzdrowić mechanizm zatrzymań, aresztowań, postępowań karnych i działalności służb. Ale immunitet, jako relikt przeszłości, kojarzy się obywatelom wyłącznie jako instytucja do ochrony złodziei.

Potrzebujemy symbolicznych kroków pokazujących, że świat polityczny jest gotów rezygnować z własnych przywilejów. Nawet jeśli jest w tym doraźne ryzyko, to w grze wartości zniesienie immunitetu jest wartością znacznie większą, bo uwiarygodnia program znoszenia instytucji, które są przywilejami władzy.



- Dziękuję za rozmowę.
_______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

 
INSOMNIA
 Wysłana - 23 październik 2004 17:42      [zgłoszenie naruszenia]

To jest swietny post, na pewno w przyszlosc bede staral sie wypisywac poszczegolne tytuly ciekawych artykulow. Poza tym apeluje, zeby umieszczac je tutaj pod postacia linkow, o ile to mozliwe. Nie robcie smietnika z tego dzialu (patrz. moj post NWŚ).

Tymczasem polecam artykul z dzisiejszej Świątecznej pt. "Świat bez mocarstwa?". Oto jego fragment: "Krytycy swiatowej dominacji USA powinni sie zastanowic: jesli Ameryka wycofa sie z roli hegemona kto ja zastapi? Nie Europa, nie Chiny, nie swiat islamski, a juz na pewno nie ONZ. Alternatywa dla supermocarstwa nie jest wielobiegunowa utopia, lecz anarchia i barbarzynstwo - nowy wiek ciemnosci".

 
Helevorn
 Wysłana - 24 październik 2004 01:32      [zgłoszenie naruszenia]

Wrzucanie linkow - ok nie mam nic przeciwko. Tylko ze jest taki problem ze niektore linki po tygodniu staja sie martwe bo nie wszystkie czasopisma udostepniaja swoje archiwum...
_______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

 
Helevorn
 Wysłana - 26 październik 2004 15:16      [zgłoszenie naruszenia]

[serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2354203.html] - ciekawy artykul Rafala Kalukina temat polskiej polityki
_______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

 
Helevorn
 Wysłana - 28 październik 2004 14:33      [zgłoszenie naruszenia]

Burza na szachownicy, czyli o polskiej polityce zagranicznej

Jerzy Surdykowski*

W nadchodzących latach polityka zagraniczna może stać się w Polsce terenem konfrontacji i walki o głosy. To tu przeniosą się polityczne namiętności, uprzedzenia i populizmy. Z najgorszymi tego skutkami...

W tekście "Mała szachownica" ("Gazeta" z 19 kwietnia br.) pisałem, że Polska jest zupełnie nieprzygotowana do trudnej gry, jaką stanowi polityka zagraniczna. Dziś muszę stwierdzić, że sytuacja stała się jeszcze gorsza - na delikatnym terenie spraw zagranicznych doszło do publicznej kłótni, w której zakrzyczany został rozum, a powróciły resentymenty i uprzedzenia wyciągnięte z politycznej rupieciarni Władysława Gomułki, by nie wspomnieć o rupieciach XIX-wiecznych. Polityka zagraniczna coraz bardziej zastępuje wewnętrzną jako teren ścierania się partii w walce o wynik wyborczy. W tej sytuacji i na tym gruncie musiała się rozlać fala populizmu czy zwykłej głupoty, przed którymi w ostatnich kilkunastu latach nasza dyplomacja była skutecznie chroniona.

W Europie - i co dalej?

W historycznym roku 1989 powiał wiatr historii: na Zachód! "Polska wraca do Europy" - to jeden z najczęściej powtarzanych tytułów prasowych w owych czasach. Pchani wiatrem historii nie musieliśmy mieć właściwie żadnej polityki zagranicznej, wystarczyło nie sprzeciwiać się sprzyjającym podmuchom. Dzięki zgodnemu wysiłkowi wszystkich rządów i ministrów spraw zagranicznych - niezależnie od ich barwy politycznej - znaleźliśmy się najpierw w NATO, a potem w Unii Europejskiej. Zrealizował się wielki, historyczny sen o powrocie Polski na Zachód.

Jednakże jego realizacja oznacza też powrót pytania o politykę zagraniczną - dalszy jej kurs nie jest już jasny i oczywisty. Musi być on wytyczany i korygowany rozumnie przez najlepsze mózgi kraju.

Polityka zagraniczna różni się bowiem od wewnętrznej dużo większą wrażliwością na populizm, głupotę i resentymenty. Jest krucha, boi się grubych słów i pałkarskich stereotypów - zwłaszcza wobec narodów, z którymi podzieliło nas dziedzictwo historycznego bólu i długo pamiętanych krzywd. Co innego spierać się o program gospodarczy, co innego zaś, gdy rozmowa o Niemczech przeradza się w awanturę, w której pojawiają się slogany "Drang nach Osten", odwiecznej wrogości i niewyplenionego hitleryzmu. Niepowetowane szkody powstają nie tylko dlatego, że media przenoszą obelgi przez granice, budząc podobne resentymenty wśród sąsiadów. Nade wszystko dlatego, że tu, w Polsce, stereotypy rozkrwawiają ledwie zabliźnione rany. Rozdrażnieni tym, co bolesne, zapominamy o tym, co rozumne. Formalnie zjednoczona Europa powraca do trapiącego ją przez stulecia stanu dzikości i zemsty rodowej.

Czy więc o sprawach zagranicznych należy milczeć i pozostawić wszystko dyskretnej dyplomacji? Na pewno nie, bo w demokratycznym państwie taka cenzura jest niemożliwa. Jednakże trwająca przez wiele dziesięcioleci PRL nieobecność polityki zagranicznej w debatach publicznych sprawiła, że dziś jesteśmy zupełnie nieprzygotowani do owych sporów - i społeczeństwo, i sami politycy. W początku lat 90. wykazaliśmy wszyscy spontaniczną mądrość zarówno w sprawach niemieckich, jak wschodnich. Dzisiaj tej mądrości zabrakło w kwestiach fundamentalnych - roszczeń niemieckich, polskiej obecności w Iraku i w sporym stopniu w sprawie konstytucji europejskiej.

Dolary wujka z Ameryki

Dziś już wiemy, że interwencja w Iraku była źle przygotowana politycznie. Amerykanie nie mieli rozeznania nastrojów społecznych ani koncepcji postępowania w tym kraju po obaleniu reżimu Saddama Husajna. W Iraku skompromitowała się nie amerykańska potęga wojskowa, lecz także amerykański wywiad i zaplecze intelektualne.

Poparliśmy tę interwencję, wysłaliśmy żołnierzy, wzięliśmy odpowiedzialność za trudną, bo szyicką i buntowniczą, strefę okupacyjną. Z raz przyjętej odpowiedzialności wycofać się może tylko ktoś zupełnie nieodpowiedzialny, zwłaszcza w tak dramatycznej sytuacji. Zrobili to Hiszpanie pod brzemieniem tragedii, jaką był zamach bombowy w Madrycie w przeddzień wyborów parlamentarnych. Czy mamy uczynić podobnie?

Owszem, z Iraku trzeba się wycofać - ale tak, by nie pozostawić po sobie krwawego chaosu i nie dać terrorystom powodu do triumfu. Natomiast wykorzystywanie żałoby po śmierci kolejnych polskich żołnierzy do zbierania podpisów pod żądaniem natychmiastowego wycofania - co czynią partyjki zagrożone zmieceniem ze sceny politycznej - jest tylko przenoszeniem krajowego populizmu na arenę międzynarodową. Udawanie, że nasza chata z kraja, nic tu nie pomoże - w neutralnej i niewinnej chacie też może wybuchnąć granat terrorysty, czego dowiodło zamordowanie nepalskich robotników, porwanie francuskich dziennikarzy, a nade wszystko tragedia w Biesłanie. W Hiszpanii wybory wygrali terroryści, oby nie stało się tak i u nas.

Podobnie z żądaniem zniesienia amerykańskich wiz dla Polaków. Obecni przywódcy państwowi i były prezydent Lech Wałęsa wyrwali się z tym pomysłem jak Filip z konopi. Czy nikt im nie wyjaśnił, że amerykańskie prawo wyraźnie uzależnia zniesienie wiz od procentu odmów wizowych i od procentu rodaków przebywających nielegalnie w USA? Niestety, daleko nam od sprostania tym normom. Prezydent Aleksander Kwaśniewski powinien to wiedzieć. Tupiąc nogami na Amerykanów, nie zmusimy ich do zmiany przepisów, choć może zbierzemy trochę głosów w wyborach.

Nie inaczej rzecz się ma z żądaniem zapłaty w formie zyskownych kontraktów. Te zyski przyjdą, jeśli potrafimy uparcie negocjować z Amerykanami, wykorzystując polskie lobbies w USA - także Kongres Polsko-Amerykański kierowany przez niezbyt mądrego Edwarda Moskala. Nasze zyski zależą także od tego, czy potrafimy przygotować się do kontraktów offsetowych (jak w sprawie zakupu myśliwców F-16), miast liczyć, że wszystko dadzą nam Amerykanie. Nie będzie to jednak prosta wymiana krwi na dolary.

Umrzeć za Niceę?

Z Unią Europejską jest trochę tak, jak kiedyś było z przyjęciem Polski do NATO. Ledwie osiągnęliśmy ten historyczny cel, a już trzeba było wesprzeć interwencję w Kosowie i bombardowania Belgradu. A nam się naiwnie wydawało, że jedynym celem NATO jest bronienie Zachodu - w tym Polski - przed rosyjskim niedźwiedziem...

Podobnie mieliśmy Unię za bogaty sklep, dotąd łakomie podziwiany przez szybę wystawową. Wreszcie zostaliśmy uroczyście wpuszczeni na te salony - i od razu okazało się, że UE ma kłopoty sama ze sobą, cierpi na gospodarczą zadyszkę, strasburską nieudolność i brukselską biurokrację, a wymarzonych euro jest coraz mniej.

W tej sytuacji osią naszej obecności w Unii okazał się spór o dotacje i dopłaty, a także o utrzymanie nicejskiego systemu głosowania. Że kłócimy się o pieniądze - to oczywiste, bo o to kłócą się wszyscy. Strumień euro powinien być paliwem naszego rozwoju przez najbliższych kilkanaście lat. Ale o Niceę?

Owszem, ten system dałby nam trochę więcej mocy w ewentualnych głosowaniach, ale wiadomo, że system ów byłby niesprawny i podatny na weto niczym system sejmowy Rzeczypospolitej szlacheckiej.

Spór o Niceę rozciągnął się na nasz stosunek do projektu konstytucji europejskiej. Nie jest ona doskonała, nie jest nawet konstytucją, lecz traktatem międzypaństwowym, bo Unii daleko jeszcze do państwa federalnego. My jednak o tej konstytucji wiemy tylko tyle, że nie wspomina o Bogu i że odchodzi od Nicei. Nie wiemy natomiast, że usprawnia ociężałe mechanizmy unijne, zwiększa możliwości skutecznego działania jednoczącej się Europy, a nade wszystko - że nie jest wieczna, bo traktaty unijne zmieniane są co kilka lat.

Polacy z racji swej burzliwej historii są przeczuleni na punkcie suwerenności własnego państwa. Jak wszyscy ludzie niepewni swojej wartości jesteśmy podejrzliwi, wietrząc wokół chęć ograniczenia naszych praw i inne niecne knowania. Te narodowe sentymenty próbowały eksploatować - na szczęście nieskutecznie - partie antyeuropejskie podczas referendum w 2003 r. Ale żeby do podobnych lęków odwoływała się aspirująca do objęcia władzy Platforma Obywatelska?

Nasz debiut w Unii wypadł źle nie dlatego, że należymy do mniejszości, która poparła interwencję w Iraku - bo za tą interwencją wciąż stoją poważne argumenty - lecz dlatego, że głos Polski słyszany jest jako głos oporu przeciwko zmianom. Nie mamy żadnej wizji zreformowania Unii, nie spieramy się o jej mechanizmy - a tylko chcemy umierać za Niceę. Czy więc niesłusznie oskarża się nas, że występujemy w roli destruktorów?

Polską racją stanu nie jest ślepe trzymanie się Nicei - lecz Unia silna, liberalna, sprzyjająca innowacjom i wolnemu handlowi, w której polski przedsiębiorca, rolnik i inżynier okaże się nie gorszy od Niemca, Francuza i Holendra. Pewnie i lepszy, bo Polakowi bardziej się chce! Naszą racją stanu jest też Unia jeśli nie proamerykańska, to przynajmniej nieczerpiąca satysfakcji z robienia psikusów swej potężniejszej, choć młodszej siostrze zza oceanu. Natomiast hasło "Nicea albo śmierć" - choć użyteczne w krajowych wyborach - wiedzie polską politykę zagraniczną w uliczkę nie tylko ślepą, ale i durną.

Antyniemieckie żerowisko

Nie tylko nie potrafimy myśleć o przyszłości Unii, ale także o naszych sąsiadach, członkach tej samej europejskiej rodziny. Pokazała to nasza rozogniona ostatnio scysja z Berlinem. Mała pociecha w tym, że i Niemcy nie zachowali się do końca uczciwie, po cichu zachęcając swych obywateli do kierowania roszczeń majątkowych przeciwko Polsce na drogę sądową. Cóż z tego, że roszczenia mają znikome szanse, o czym obie strony dobrze wiedzą? Rząd kanclerza Schrödera wybrał drogę populistyczną, unikając otwartego postawienia sprawy przed nadciągającymi wyborami - które zapewne i tak przegra.

Przejęcie przez rząd RFN roszczeń przesiedleńców obciążyłoby niemieckiego podatnika, co jeszcze bardziej zmniejszyłoby topniejące poparcie dla socjaldemokratów. Zresztą byłoby to rozwiązanie idiotyczne, bo nikt jeszcze w historii nie zrekompensował nikomu wszystkich skutków wojny. Rozsądek nakazywałby szukać rozwiązania prawnego na drodze umowy międzyrządowej czy ustawy Bundestagu, która umorzyłaby te roszczenia. To jednak odebrałoby Schröderowi resztkę głosów przesiedleńców i ich potomków. Kanclerz wybrał więc drogę najłatwiejszą - schował głowę w piasek. Jego niedawna deklaracja z Warszawy nie ma przecież żadnej mocy prawnej.

Niestety, po obu stronach brak dziś mężów stanu, którzy - jak Helmuth Kohl i Tadeusz Mazowiecki w latach 1989-90 - potrafiliby w imię przyszłości wznieść się ponad narodowe uprzedzenia i ponad przewidywane wyniki najbliższych wyborów.

Jednak to, co się ostatnio stało w stosunkach polsko-niemieckich, nie jest nawet sporem - bo obie strony są zgodne, że problem roszczeń trzeba jakoś załatwić bez skutków finansowych i dla Polaków, i dla Niemców. Z tego punktu widzenia żenujące widowisko w naszym Sejmie było zwyczajną awanturą, jedną z tych, na jakich tuczy się populizm. Możemy się z Niemcami kłócić i nieraz będziemy się spierać w unijnej rodzinie o sprawy naprawdę ważne. Jednego wszakże robić nam nie wolno - reanimować antyniemieckich lęków, które wciąż tkwią głęboko w polskiej duszy. Strach antyniemiecki jest bowiem w Polsce tożsamy ze strachem przed Europą i z rojeniami o powrocie na "bezpieczny Wschód". Powinni o tym pamiętać także politycy niemieccy, bo oba kraje są na siebie skazane - gospodarczo i politycznie.

Mądry Polak po szkodzie

Nie cofniemy zaszłości, myślmy raczej o tym, jak uniknąć kolejnych strat jutro i pojutrze. Tym bardziej że światowy i europejski horyzont jest dziś zachmurzony. Dość wspomnieć skutki globalizacji, pogłębiające się nierówności, terroryzm, narastającą wrogość świata chrześcijańskiego i muzułmańskiego. Ameryka i Europa znów są "oddalającymi się kontynentami". Azja zaczyna odcinać polityczne kupony od swej szybko rosnącej pozycji gospodarczej. UE nie jest już dobrze wyposażonym i tanim domem towarowym. Zjednoczone Niemcy odzyskują świadomość swej siły i możliwość prowadzenia polityki, która nie musi być wspólną polityką europejską. Rosja znowu roi nieszczęsny sen o samodzierżawiu...

W tej perspektywie nabiera wagi pytanie o polską politykę zagraniczną w niespokojnym świecie XXI wieku - o naszą rację stanu. Trzeba nie tylko wypracować elementarny konsensus różnych sił politycznych w tej sprawie, ale w miarę możności - konsensus społeczny. W demokracji nie można bowiem uprawiać polityki zagranicznej jako zmowy elit.

Taki konsensus - choćby w sprawach podstawowych - byłby dzisiaj niezwykle trudny. Wobec coraz bardziej zbieżnego stanowiska różnych partii w kwestiach wewnętrznych i gospodarczych, właśnie polityka zagraniczna może stać się zastępczym terenem konfrontacji i walki o głosy. To tu przeniosą się polityczne namiętności, uprzedzenia i populizmy. By się choć trochę przed tym chronić, nasza dyplomacja potrzebuje poważnych ośrodków wymiany myśli i bogatego zaplecza intelektualnego. Dalecy jesteśmy od tego. Jednak, jak powiadają Amerykanie: "Jeśli chcesz, by ci Bóg pomógł, pomóż wpierw sam sobie".

Co więcej, nie wiadomo, kto stanie u steru polskiej polityki zagranicznej po najbliższych wyborach. Od upadku komunizmu Polska miała szczęście do ministrów spraw zagranicznych - zawsze były to postaci wybitne, choć nie zawsze potrafiły troszczyć się o swe zaplecze. Dzisiaj albo wiek, albo objęcie ważnych funkcji w Strasburgu sprawiają, że właściwie nie ma godnego kandydata. Polskiej polityce zagranicznej grozi dryf na wzburzonych falach populizmu. Obym się mylił!

* Jerzy Surdykowski - w latach 1990-96 konsul generalny RP w Nowym Jorku, 1999-2003 ambasador w Tajlandii, na Filipinach i w Związku Myanmar (Birma)


###

Dawno juz nie przeczytalem tak rozsadnie napisanego i wywazonego artykulu o polskiej polityce zagranicznej...

_______________________________
 
Były moderator Polityki i Seksu

[Powiadom mnie, jeśli ktoś odpowie na ten artykuł.]


Odpowiedzi jest na 16 stron.   | następną
 
Wybierz stronę:  
Przegląd tygodnia

Przegląd prasy

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16
 
Warto przeczytać: Kto sfinansował nazizm w Niemczech? | "W Sejmie rocznicowe obchody, bez prezydenta i premiera. Kaczyński: Mam inne plany" | Wspólna mądrość polityczna-co to jest? | Wybory do Parlamentu Europejskiego - głosowałeś czy nie? | Kogo wlasciwie wybralismy do parlamentu europejskiego? | Kibolska mentalność wyborców. | 4 lata rządów prawicy | Lewica i prawica w III RP | Czy opodatkować związki religijne? | Jerzy Buzek jak szef Europarlamentu | Gdybym miał władze... | Irlandzkim Targiem? | Po wjechala na mine i chyba odpala lont...? | USA walczy w sieci | Zbigniew Brzeźiński "Wielka Szachownica" | Przyszłość Platformy | tatuaże | materiałoznawstwo | lacoste | alpina | policja | Bledzior | blendzior | wzrost | krociaki | 180cm | Student Travel | aleksandra szwed | joanna | sebawlkp | kosik | szwed playboy 2012 | slavoy2k | gotuj z fenolem | Biznes

 
Polecamy: KSW | Motywatory | Spalacz tluszczu

wersja lo-fi


Copyright 2000 - 2019 SFD S.A.
 
Powered by Pazdan ForKat 4.0