FORUM INSOMNIA
zabawa imprezy problemy przemyślenia seks

∑ temat został odczytany 22716 razy ¬


ZAREJESTRUJ SIĘ I ZALOGUJ NA FORUM, TO NIC NIE KOSZTUJE!
PO ZALOGOWANIU BĘDZIESZ MÓGŁ ZOBACZYĆ WYPOWIEDZI SPECJALISTÓW I WYŁĄCZYĆ REKLAMY

 
ROZRYWKA | Zjawiska niewyjaśnione, nauka i historia
Salomon Morel - zbrodniarz PRL-owski 
Wyślij odpowiedź [powiadom znajomego]    
Opcja Wyniki Głosuj
Izrael dokona ekstradycji Morela 
Izrael nigdy go nie ekstraduje do Polski 
wyniki ankiety dostępne po głosowaniu
wyniki ankiety dostępne po głosowaniu
Autor "Salomon Morel - zbrodniarz PRL-owski"   
 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 17:18      [zgłoszenie naruszenia]

Sprawa Salomona Morela
Poszukiwanie swiadków


Dzialajaca w Polsce niemiecka Wspólnota Robocza Pojednanie i Przyszlosc pomoze prokuraturze z Dortmundu szukac swiadków w sprawie przeciwko Salomonowi Morelowi
Poinformowal o tym wczoraj przewodniczacy Wspólnoty Dietmar Brehmer.
Morel byl oficerem UB, w 1945 r. komendantem obozu pracy w Swietochlowicach-Zgodzie, w którym przetrzymywano slaskich Niemców.

Prokuratura w Dortmundzie próbuje postawic Morela przed sadem. Przedtem prokuratura w Katowicach oskarzala go o spowodowanie smierci 1538 osób w swietochlowickim obozie. Przed dwoma laty Polska zazadala od Izraela jego ekstradycji. Morel mieszka tam od 1995 roku. Izrael jednak odmówil, uzasadniajac, ze zarzucane Morelowi przestepstwa wedlug tamtejszego prawa nie sa ludobójstwem i od 30 lat sa przedawnione.

- Jeszcze przed pieciu laty mielismy 180 swiadków. Niestety, to ludzie w podeszlym wieku, wielu z nich odchodzi. Teraz znalezlismy tylko kilkunastu, którzy chca zeznawac - powiedziala nam Izabella Pischka, rzecznik Wspólnoty Pojednanie i Przyszlosc, na wczorajszej konferencji prasowej w Katowicach.

Coraz starszy jest takze Salomon Morel. Ma 81 lat. Do 1995 r. mieszkal w kamienicy w centrum Katowic. Wyjechal do Izraela, gdy katowicka prokuratura wszczela postepowanie.

Do kierowanego przez Morela obozu w Zgodzie trafiali oprócz Niemców Slazacy polskiego pochodzenia, których oskarzono o sprzyjanie Niemcom. Wedlug swiadków wiezniowie masowo umierali na tyfus, znecali sie nad nimi straznicy. Czasem w nocy wpadali do baraków i skakali po wiezniach, lamali kosci, miazdzyli czaszki. Przetrzymywani musieli po calych nocach spiewac hitlerowskie piesni. Jesli ktos nie znal slów, byl bity, choc niektórzy z wiezniów nie umieli nawet dobrze mówic po niemiecku. Zamordowanych chowano we wspólnych, nieoznaczonych grobach.

- Swiadkowie, których znalezlismy, rzadko widzieli, zeby Morel torturowal osobiscie. Mial do zabijania swoich podwladnych: strazników oraz jednego z wiezniów - mówi Pischka.

Obozem w Zgodzie Salomon Morel kierowal od lutego do listopada 1945 roku. Po jego likwidacji zostal komendantem obozu pracy w Jaworznie i pelnil te funkcje do 1949 roku. W Jaworznie wieziono m.in. Ukrainców przesiedlanych w trakcie akcji "Wisla", zolnierzy niepodleglosciowego podziemia i mlodocianych wiezniów politycznych.

Brehmer ma nadzieje, ze tym razem Izrael zgodzi sie na ekstradycje Morela. - Nie zywimy wobec tego czlowieka nienawisci - zastrzega. - Chcemy sprawiedliwosci, zeby ta sprawa nie rzutowala na przyszle pokolenia - mówi.

PRZEMYSLAW KUCHARCZAK

SZCZATKI NA DUZEJ PRZESTRZENI
Na terenie bylego obozu pracy w Lambinowicach natrafiono na szczatki ludzkie. Planuje sie, by w tym miejscu postawic mogile.
Wójt gminy Lambinowice Józef Kurek: - Pracownia archeologiczna z Poznania dokonywala odkrywek na glebokosci 1 - 1,5 metra i wszedzie, gdzie kopano, znajdowano szczatki ludzkie w róznym polozeniu, w róznych pozycjach. Wszedzie, gdzie zaglebila sie lyzka, trafiano na kosci - mówi. - Kopano na razie w kwadracie 50 na 50 metrów, ale tak naprawde nikt dokladnie nie wie, na jakiej przestrzeni leza. To moga byc dwa, trzy hektary, tak mówia niektórzy mieszkancy. Wczesniej ludzie napomykali, ze za krzyzem w ziemi znajduja sie ludzkie szczatki, trzeba to jednak bylo sprawdzic - wyjasnia.

Slady znaleziono doslownie kilka metrów za krzyzem postawionym dla Niemców i Polaków, przetrzymywanych i zmarlych w obozie. Na polance widac w kilku miejscach swieza zólto-brazowa ziemie. Ekipa, która przeprowadzala sondazowa ekshumacje, zasypala dokladnie miejsca, gdzie kopala.

Ekshumacyjne prace sondazowe odbyly sie tydzien temu. Na miejscu sporzadzono protokól w obecnosci sanepidu i PCK. Przeprowadzila je Pracownia Archeologiczno-Konserwatorska z Poznania nalezaca do Henryka Klundera.

- Nic o tej sprawie nie wiem - mówi Edmund Nowak, naukowiec z Centralnego Muzeum Jenców Wojennych, autor ksiazki "Cien Lambinowic", który w swojej pracy wskazal prawdopodobne miejsce pochówku ofiar obozu.

Trudno dzis powiedziec, czy w Lambinowicach na lace za krzyzem pokutnym odbedzie sie ekshumacja. - Taka decyzja zapadnie nie na naszym szczeblu - zwraca uwage wójt Kurek. - Zreszta aby dokonac penetracji calego terenu, potrzeba sporych pieniedzy, których my nie mamy. Poza tym odczucie spoleczne jest takie, zeby raczej nie ekshumowac. Na pewno trzeba teren uporzadkowac, moze ogrodzic, postawic jakies symbole. Zreszta tam, w lesie czy na polanie, i tak czasem zaplonie swieczka czy znicz. Zyja jeszcze potomkowie tych, co tu pomarli. Albo tu mieszkaja, albo czasem przyjezdzaja. I pamietaja.

Jak mówi Kurek, bardzo mozliwe jest, ze w sprawe zabezpieczenia terenu przez gmine wlacza sie Niemcy.W najblizszym czasie do Lambinowic przyjedzie prawdopodobnie konsul niemiecki, by porozmawiac o tym, jak upamietnic miejsce ostatniego spoczynku jego rodaków oraz Slazaków i Polaków.

Wedlug pomyslu Urzedu Marszalkowskiego w tym miejscu mialaby stanac zbiorowa symboliczna mogila osób, które zmarly w tym obozie. - Nalezy sie im godny pogrzeb - tlumaczy Ryszard Galla, wicemarszalek województwa, który wnioskowal najpierw do prokuratury, a pózniej do Opolskiego Urzedu Wojewódzkiego o przeprowadzenie sondazowej ekshumacji.

Prokuratura Okregowa, która prowadzi sledztwo w sprawie morderstw w obozie popelnionych przez Polaków, nie chciala jej przeprowadzic. - Nie jest nam potrzebna do zakonczenia sledztwa - informuje Roman Wawrzynek, rzecznik prasowy prokuratury.

Józef Niekrawiec, prokurator okregowy, zastrzegl jednak w odpowiedzi: "W zadnym przypadku nie nalezy negowac koniecznosci przeprowadzenia ekshumacji, której potrzeba uzasadniona jest celami historycznymi, poznawczymi i humanistycznymi, aby wszystkim pomordowanym i zmarlym na terenie tego obozu zapewnic godne miejsce spoczynku".

- Poniewaz Józef Niekrawiec pisemnie i ustnie poinformowal, ze nie przewiduja ekshumacji, wystapilem do wojewody - tlumaczy Galla.

- Zanim zapadla decyzja wojewody, konsultowana byla z róznymi sluzbami, m.in. ochrony zabytków czy Rady Ochrony Pamieci Walk i Meczenstwa z Warszawy - mówi Bogdan Helka, naczelnik wydzialu spraw obywatelskich i spolecznych OUW. - Celem prac sondazowo-ekshumacyjnych, zgodnie z wnioskiem Urzedu Marszalkowskiego, bylo znalezienie jednej sposród zbiorowych mogil na terenie obozu pracy. I to zostalo osiagniete.

To nie jedyny pomysl majacy na celu uczczenie pamieci zamordowanych i zmarlych w obozie urzadzonym przez Polaków. - Teraz remontowana bedzie wartownia obozu; utworzona zostanie tam stala wystawa dotyczaca obozu pracy - mówi dr Czeslaw Wawrzyniak, dyrektor Centralnego Muzeum Jenców Wojennych.

Jednak ze wzgledu na klopoty finansowe strony niemieckiej, która obiecala pomóc, trzeba jeszcze troche poczekac. Planuje sie, ze wystawa otwarta zostanie za okolo dwa lata.

Obóz Pracy w Lambinowicach powstal podczas akcji wysiedlania rodzimej ludnosci ze Slaska. Do obozu trafili mieszkancy kilkudziesieciu miejscowosci. Nie wiadomo, ile dokladnie zginelo w obozie osób, niemieckie zródla mówia o szesciu tysiacach, a polskie o póltora tysiacu. Wiekszosc osób zmarla z glodu i z powodu epidemii tyfusu, która wybuchla po ekshumacjach masowych mogil zolnierzy radzieckich pomordowanych w obozie przez hitlerowców. Przy odkrywaniu masowych mogil pracowali wlasnie wiezniowie obozu. Do tyfusu dolaczyl dur brzuszny. Kilkadziesiat osób zostalo jednak najprawdopodobniej zamordowanych podczas pozaru. Straznicy, grozac, zmuszali osadzonych do jego gaszenia. Straznicy otworzyli ogien, zginelo ponad 40 osób.

Dwa razy prowadzono sledztwo w tej sprawie (w latach 40. i 50.), ale dwa razy je umarzano. W 1990 r. Komisja Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu w Opolu zajela sie dzialalnoscia obozu. Efektem bylo wznowienie sledztwa w sprawie pozaru przez wydzial sledczy Prokuratury Okregowej. W kwietniu ubieglego roku przedstawiono Czeslawowi G. (ówczesnemu komendantowi obozu) zarzut zabójstwa ponad 30 osób w czasie pozaru. Sledztwo jeszcze trwa, poniewaz konieczne bylo sciaganie protokolów przesluchan swiadków zyjacych w Niemczech przez prokurature w Hagen.

BEATA LABUTIN, MAREK WAJDA; AWE, L
HISTORIA GO DOGONILA !!
I tak sie stalo ze Morel zostal oskarzony i postawiony przed sadem w Opolu !!

[http://www.freesilesia.de/p2/Weryfikacja/body_weryfikacja.html]



Zmieniony przez - Barakus w dniu 2007-01-28 17:21:17
_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 17:22      [zgłoszenie naruszenia]




Salomon Morel

Oswiadczenie Prokuratora w sprawie Salomona Morela
PROKURATURA WOJEWODZKA
w Katowicach

Sygn. akt V Ds 67/95/S

Katowice, dnia 30 sierpnia 1996 roku


Wydzial Sledczy tutejszej Prokuratury kontynuuje sledztwo w sprawie zbrodni popelnionych w Obozie Pracy w Swietochlowicach-Zgodzie w roku 1945. Sledztwo to zostalo zarejestrowane pod sygn. V Ds 67/05/s.

Sledztwo to zostalo wszczete w dniu 10 lipca 1992 roku przez Okregowa Komisje Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach. W jego toku zebrano obszerny material dowodowy - przesluchano bowiem wszystkich ustalonych swiadkow majacych istotne informacje w sprawie, jak rowniez material dokumentacyjny i faktograficzny - potwierdzono zgon 1538 osob zmarlych we wspomnianym Obozie.

Postanowieniem z dnia 16 maja 1995 roku Komisja wydala postanowienie o przekazaniu sprawy do dalszego prowadzenia tut. Prokuraturze Wojewodzkiej, poniewaz, w jej ocenie, zaistnialy przeslanki do przedstawienia owczesnemu Komendantowi Obozu Salomonowi Morelowi zarzutu zbrodi przeciwko ludzkosci.

Ustalono bowiem, ze w okresie drugiej wojny swiatowej, na terenie miasta Swietochlowice istniala filia obozu koncentracyjnego w Osiwecimiu, ktorej wiezniowie zatrudnieni byli miedzy innymi w miejscowych Zakladach Urzadzen Technicznych "Zgoda".

Bezposrednio po wyzwoleniu Slaska spod okupacji hitlerowskiej, co mialo miejsce w okresie drugiej i trzeciej dekady stycznia 1945 roku, owczesne wladze polskie reaktywowaly oboz i zaczely osadzac w nim ludnosc miejscowa, a w szczegolnosci Niemcow oraz tych obywateli polskich, ktorzy w czasie wojny zglosili swa przynaleznosc do narodowosci niemieckiej, podpisujac stosowne deklaracje, tzw. "Volkslisty". Nadto w obozie umieszcano wszystkie osoby podejrzane, mniej lub bardziej zasadnie, o wrogi stosunek do owczesnej rzeczywistosci. Bezwzgledna przyczyna umieszczenia w obozie bylo domniemanie, oparte niekiedy na przypuszczeniach lub donosach innych osob o przynaleznosci podejrzanego do partii, badz innej organizacji faszystowskiej, w tym do orgamizacji mlodziezowych, takich jak "HJ" ("Hitlerjugend") lub "BDM" ("Bund Deutscher Maedel").

Decyzja o otrzymaniu i osadzeniu w obozie zalezala od swobodnego uznania funkcjunariuszy sluzby bezpieczenstwa (UB) lub powstajacych w tym czasie organow Milicji Obywatelskiej. Nie byla ona poparta zadnymi formalnymi orzeczeniami organow sadowo-prokuratorskich.

W wyniku tej dzialalnosci organow bezpieczenstwa w obozie w Swietochlowicach zwanym Swietochlowice-Zgoda, znalazlo sie - przyjmujac szacunkowo z uwagi na brak scislej ewidencji - okolo 3000-3500 osob, z czego na skutek roznych przyczyn zmarlo co najmniej okolo 1600 osob.

Oboz istnial od okolo polowy lutego do konca listopada 1945 roku, czyli okolo dziesieciu miesiecy. Przez caly okres istnienia obozu jego komendantem byl Salomon Morel.

Oboz Swietochlowicki skladal sie z 7 barakow drewnianych podmurowanych, oraz jednego budynku murowanego, w ktorym miescila sie komenda obozu. Kazdy barak byl przedzielony na pol, tworzac dwie orgromne sale. W kazdej z nich znajdowalo sie 21 trzypietrowych pryczy drewnianych. Jak zgodnie zeznaja wszyscy przesluchani swiadkowie, na jednej pryczy umieszczano 3 wiezniow. Fakt ten pozwala na orientacyjne wylicznie ilosci wiezniow, ktora mogla jednorazowo przebywac w obozie.

Ilosc ta wyraza sie liczba 2000-2500 osob.

Caly oboz otoczony byl podwojnym pasmem drutu kolczastego bedacego pod napieciem elektrycznym. Zabezpieczenie z drutu pozostalo jeszcze z czasow hitlerowskich, o czym swiadczyly nie zlikwidowane tabliczki z napisem w jezyku niemieckim "Uwaga! Wysokie napiecie" i znakiem trupiej czaszki.

Jednoosobowe kierownictwo calego obozu spoczywalo na osobie komendanta Salomona Morela, ktory odpowiedzialny byl za istniejace w obozie warunki, a w szczegolnosci za los wiezniow.

Jak ustalono na podstawie przeprowadzonych dowodow z zeznan przesluchanych swiadkow, w obozie istnialy ekstremalnie zle warunki i to pod kazdym wzgledem, zarowno bytowo-socjalnym, jak i higieniczno-sanitarnym; nadto czlonkowie zalogi obozu, na czele z komendantem, dopuszczali sie licznych przypadkow znecania sie nad wiezniami, polegajacy glownie na biciu oraz przesladowaniu innymi sposobami, ktore opisali w swych zeznaniach poszczegolni swiadkowie. Przede wszystkim w obozie panowal glod, gdyz calodziennym wyzywieniem byla czarna kawa zbozowa oraz okolo 125 gramow chleba, wydawane rano i wieczorem, natomiast obiad stanowila zupa z burakow pastewnych, zwana, ze wzgledu na swa konsystencje, wodzianka.

Warunki sanitorno-bytowe byly fatalne, bowiem wiezniowie spali po trzech na jednej pryczy, bez siennikow i kocy, we wlasnych ubraniach, w ktorych zostali doprowadzeni do obozu. Zle warunki bytowe oraz sanitarne spowodowaly wybuch olbrzymiej epidemii tyfusu plamistego oraz brzusznego, a takze czerwonki, zwanej dyzenteria. Epidemia tych chorob nasilila sie od czerwca 1945 roku i trwala w zasadzie do konca istnienia obozu, choc w koncowym okresie jej nasilenie malalo. Dopuszczenie do wybuchu epidemii, a nastepnie niezapobieganie rozprzestrzenianiu sie tyfusu, chociazby przez odwszawienie wiezniow, brak warunkow do izolacji, a takze brak podstawowych warunkow sanitarnych oraz wlasciwej opieki medycznej, przy panujacej w obozie ciasnocie (trzy osoby na jednej pryczy), powodowaly blyskawiczny i niepohamowany rozwoj epidemii, co doprowadzilo do masowych zgonow, ktorych ilosc dochodzila w okresie nasilenia epidemii do 20-30 przypadkow dziennie.

Zwloki zmarlych wywozono z terenu obozu na furmance przykrytej plandeka o grzebano na kilku okolicznych cmentarzach, glownie na terenie tzw. starego cmentarza w Swietochlowicach, w mogilach zbiorowych, nie oznakowanych. Nagie zwloki ukladano warstwami, posypujac je wapnem, zas groby rownano z powierzchnia ziemi. Czynnosci zwiazane z wywozeniem i grzebaniem zmarlych wykonywali wiezniowie, z ktorych kilku wspomina o tym w swych zeznaniach.

Doprowadzenie do wyzej opisanego stanu rzeczy, ktory byl przyczyna smierci w obozie co najmniej okolo 1600 osob, obciaza komendanta obozu Salomona Morela, niezaleznie od odpowiedzialnosci za indywidualne przypadki znecania sie nad wiezniami.

Wszystkie opisane okolicznosci wynikaja z zeznan przesluchanych w toku dotychczasowego sledztwa oraz zebranych w sprawie materialow dokumentacyjnych.

PROKURATOR WOJEWODZKI

Piotr Gojny

Prokurator Prokuratury Apelacyjnej

[http://www.papurec.org/morel/morel_frameset.html]


_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 17:27      [zgłoszenie naruszenia]

TRELE MORELE?
Klara Górska


Zainicjowana przed kilku miesiącami w niektórych mediach w Polsce akcja walki z agresywnym, kłamliwym antypolonizmem rodziła nadzieje, że będzie to coś więcej, niż słomiany zapał. Wydawało się, że od tej pory strona polska będzie przynajmniej zdecydowanie reagować na akty propagandowej agresji i pomówień, jakich jest pełno w światowej prasie. Ostatni przykład, jakim jest sprawa pułkownika Salomona Morela, który w 1993 roku zbiegł do Izraela, pozbawia nas złudzeń. Nie chodzi tu tylko o brak zgody tego państwa na ekstradycję swego obywatela (w Izraelu obywatelstwo otrzymuje się automatycznie za żydowskie pochodzenie, jest to "prawo krwi"). Chodzi o sposób, w jaki ekstradycja została odrzucona przez Ministerstwo Sprawiedliwości tego kraju. Jest to skrajny przykład niekompetencji, arogancji i wykręcania kota ogonem, czyli jednym słowem: hucpy.

Morel bardzo dobrze wiedział, co się w jego obozie wyprawia z więźniami. Zeznający po latach więźniowie na zawsze zapamiętali jego słowa: "będziecie tu zdychali", "Oświęcim był niczym [...]", "to czego Niemcy nie dokonali w ciągu 5 lat, ja dokonam w ciągu 5 miesięcy". Brał osobisty udział w znęcaniu się nad więźniami i torturowaniu ich. Na zdjęciu z lewej: płk Salomon Morel jako funkcjonariusz służby więziennej PRL; z prawej - Morel dziś, już jako chroniony obywatel Izraela.
Płk Salomon Morel, stalinowski wysoki funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa publicznego, został oskarżony przez polski wymiar sprawiedliwości o popełnienie zbrodni ludobójstwa oraz o zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu. Postawiono mu zarzut przyczynienia się do śmierci 1538 więźniów obozu Świętochłowicach-Zgodzie, który podczas wojny był filią obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

Od "przedawnienia" do "braku podstaw"
Pierwsze śledztwo w tej sprawie zostało zakończone w marcu 1998 roku i wówczas strona polska po raz pierwszy wystąpiła z wnioskiem o ekstradycję. Izrael uznał wówczas, że zarzuty postawione Morelowi "przedawniły się" i wniosek odrzucił. Warto zwrócić uwagę na argumentację - strona izraelska nie kwestionowała wówczas wprost jego winy, uznała tylko, że wedle prawa izraelskiego nie można go ścigać ze względu na upływ czasu.
W 2003 roku Polska wystąpiła z ponownym wnioskiem o ekstradycję, który również został odrzucony, o czym poinformowało izraelskie Ministerstwo Sprawiedliwości (Biuro Prokuratora Krajowego) pismem z 6 czerwca 2005 roku.
Tym razem Izrael uznał, że "nie ma żadnych podstaw do ekstradycji Morela". Minister Sprawiedliwości Andrzej Kalwas powiedział: "nasz wniosek był dobrze udokumentowany. Nie chcę wnikać w argumentację strony izraelskiej, moim zdaniem, ma ona zabarwienie nie tylko prawnicze, ale też emocjonalne", ale uznał, że to już koniec starań o ekstradycję zbrodniarza. W ten sposób sprawa Morela trafia na archiwalną półkę, ale czy to już koniec sprawy w ogóle?

To zbrodniarz jest ofiarą?
Wymiar sprawiedliwości Izraela wyraził bowiem zdziwienie, "że Polska w ogóle zwróciła się z taką prośbą". Dalsza argumentacja ma uzasadniać takie podejście, w którym to "Morel i jego rodzina byli ewidentnie ofiarami zbrodni ludobójstwa popełnionych przez hitlerowców i Polaków z nimi współpracujących". Mamy więc nieoczekiwane odwrócenie ról: zbrodniarz staje się ofiarą a jej sprawcami są "hitlerowcy" (unikanie nazywania niemieckiego ludobójstwa jest nagminne) oraz... Polacy, którzy z nimi współpracowali. Dowodem zaś ma być to, że "w czasie wojny Morel był świadkiem morderstwa dokonanego przez polskiego policjanta na rodzicach, bracie i szwagierce. Później jego drugi brat również został zamordowany przez polskiego faszystę". Nawet, gdyby to wszystko było prawdą, przez sam fakt śmierci rodziny Szloma Morel nie stał się jeszcze "ofiarą ludobójstwa". Są jednak powody, aby tę wersję kwestionować, bowiem w przypadku jego brata Icchaka funkcjonuje w naukowej literaturze izraelskiej zupełnie inna wersja. Według "The Encyclopedia of the Righteous Among the Nations: Rescuers of Jews during the Holocaust. Poland" (Jerusalem: Yad Vashem, 2004, s. 818) miał on zginąć, ale... w walce z Niemcami. ("In the spring of 1943, Yitzhak and Solomon Morel joined one of the partisan units of the GL that was active in the Parczew woods. [...] Yitzhak was killed during clashes with the Germans"). W ten sposób całą argumentację trafia szlag.
Można przypuszczać, że także inne elementy bohaterskiego życiorysu Salomona Morela i dane o jego rodzinie mogą być zakwestionowane, tym bardziej, że od 1942 roku miał on być "partyzantem", ale co to była za partyzantka... Gwardia Ludowa nie zapisała się w pamięci Polaków szczególnym bohaterstwem i nie zasłużyła na wdzięczną pamięć rodaków a najnowsze badania (w tym prowadzone przez IPN) wskazują, że było to narzędzie stalinowskiego aparatu terroru.

Obóz Świętochłowice-Zgoda
Po zakończeniu działań wojennych na Lubelszczyźnie Morel trafił do Urzędu Bezpieczeństwa. Władza ludowa potrzebowała pilnie ludzi bez skrupułów, wiernych ale miernych, do zadań specjalnych. On trafił do osławionego więzienia na lubelskim Zamku jako strażnik (Zamek był niemiecką katownią podczas okupacji). Od tej pory długo nie rozstawał się ze służbą więzienną - po Lublinie służył w więzieniu w Tarnowie a w lutym 1945 roku wyjechał na Śląsk z Grupą Operacyjną MBP, aby zaprowadzać nowe porządki.
O tym, jak one wyglądały, napisał we wstrząsającej książce pt. "Oko za oko" John Sack. Autor, dziennikarz amerykański pochodzenia żydowskiego zadał sobie trud, aby zbadać powojenne losy ofiar holokaustu, które trafiły do aparatu represji Polski Ludowej. Byli UB-ecy i strażnicy więzienni rozmawiali z nim chętnie i szczerze, traktując go jak "swego", nie mieli, więc żadnych tajemnic.
W opuszczonej przed kilku tygodniami filii KL Auschwitz w Świętochłowicach-Zgodzie powstał "nowy" obóz, tym razem komunistyczny.
Z opracowania Adama Dziuroka z Okręgowego Biura Edukacji Publicznej w IPN Katowice i Andrzeja Majchera, prokuratora Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN Katowice pt. "Salomon Morel i obóz w Świętochłowicach-Zgodzie" ([www.ipn.gov.pl]) wynika, że większość osadzonych w tym obozie pochodziła z Górnego Śląska i Opolszczyzny. Ale poza nimi trafiali tam też: "mieszkańcy np. Lwowa, Drohobycza, Tomaszowa, Poznania, Nowego Sącza, nieliczna grupa osób z Zagłębia Dąbrowskiego (zmarło w sumie 10 z nich), Niemcy z głębi Rzeszy, oraz co najmniej 38 obywateli innych państw (19 obywateli austriackich, jeden Belg, siedmiu obywateli rumuńskich, siedmiu czeskich, dwóch jugosłowiańskich oraz dwóch francuskich). Ustalono to na podstawie wykazów obywateli różnych narodowości przebywających w obozach i więzieniach. [...] więźniami "Zgody" były osoby 13 narodowości".
O kryteriach, stosowanych przez Morela i jego podwładnych świadczy przypadek Holendra Erica van Calsterena, który "próbował wyjaśnić, że urodził się w Hadze i jest obywatelem holenderskim. Usłyszał wówczas: "Masz niebieskie oczy i jasne włosy, jesteś stuprocentowym Niemcem, bo Holendrzy mają wszyscy czarne włosy i mówią po francusku". Wkrótce został przewieziony do obozu "Zgoda" w Świętochłowicach". Byli tam też więzieni Polacy, w tym żołnierze Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Większość osadzonych to były osoby starsze, ale więziono również dzieci! Najmłodsze miało zaledwie cztery tygodnie (zmarło w obozie).

"Oświęcim był niczym"?
Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela ma jednak inne dane (ciekawe, skąd?), albowiem twierdzi, że "W obozie przebywało 600 więźniów. Więźniami obozu byli kolaboranci, a ich liczba pozostała bez zmian w czasie, gdy Morel pełnił funkcję komendanta (do końca 1945 roku)". O tym, że nie byli to wyłącznie "kolaboranci" (do czego trzeba będzie jeszcze wrócić), może świadczyć fakt, że zaledwie kilku (!) osobom postawiono formalne zarzuty popełnienia przestępstw podczas okupacji niemieckiej. Przez obóz przewinęło się zaś kilka tysięcy więźniów (najwyższe stany były w lipcu i sierpniu 1945 roku - sięgały 5 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci), z których jedna trzecia zmarła na skutek nieludzkich warunków higienicznych, niedożywienia i tortur. Za "nadmierną śmiertelność" komendant obozu Morel był nawet ukarany przez swych przełożonych z MBP... 3-dniowym aresztem domowym i potrąceniem 50 procent pensji. Z prostego rachunku wynika, że za każde pięćset zgonów groził mu jeden (tak, jeden) dzień aresztu domowego.
Morel bardzo dobrze wiedział, co się w jego obozie wyprawia z więźniami. Zeznający po latach więźniowie na zawsze zapamiętali jego słowa: "będziecie tu zdychali", "Oświęcim był niczym [...]", "to czego Niemcy nie dokonali w ciągu 5 lat, ja dokonam w ciągu 5 miesięcy". Brał osobisty udział w znęcaniu się nad więźniami i torturowaniu ich. W wyjaśnieniach podczas pierwszego śledztwa w 1992 roku napisał jednak: "przebywający tam ludzie czuli się dobrze, nie było chorób, a baraki były otwarte i mogli po placu spacerować". Z cytowanego powyżej opracowania IPN wynika, że "Zarzuty wobec Morela oparto przede wszystkim na zeznaniach ponad 100 świadków, spośród których pięćdziesięciu ośmiu było więźniami obozu w Świętochłowicach-Zgodzie".

Nie bo nie
Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela wszystko wie lepiej: "Po upadku komunizmu pod koniec lat 80. i dojściu do władzy "Solidarności" w Polsce niektórzy Niemcy, którzy wyemigrowali do Polski, złożyli zeznania dotyczące obozu Świętochłowice-Zgoda. Część zeznań została przedstawiona fałszywie. Przypuszcza się, że niektóre mogły być stronnicze, ponieważ zostały złożone w czasie napastliwego antysemityzmu i skierowane przeciwko obywatelowi żydowskiego pochodzenia". Razi tu całkowity brak argumentów rzeczowych. Które zeznania Izrael uznał za fałszywe i dlaczego? Czy fakt, że niektórzy świadkowie są Niemcami, całkowicie przekreśla ich zeznania? Ponadto - co to znaczy, że zeznania zostały złożone w okresie "napastliwego antysemityzmu", jaki rzekomo miał miejsce po 1989 roku?
Strona izraelska dołożyła do tego ponadto takie "prawne" i "historyczne" argumenty, które ją całkowicie kompromitują (np. to, że "w okresie po II wojnie światowej, około 1000 Żydów zostało zamordowanych w Polsce przez polskich obywateli"), jakby mogło to mieć jakikolwiek merytoryczny wpływ na rozpatrywanie wniosku o ekstradycję Morela. Ale, jak widać, miało, choć przypomina to powiedzenie, że "A w Ameryce biją Murzynów".

** ** **
Salomon Morel może spać spokojnie. Polski wymiar sprawiedliwości ma za krótkie ręce a i chęci mu chyba nie starcza, o czym świadczą inne sprawy tego typu, w których śledztwa toczą się bardzo niemrawo. Są one wspominane nader rzadko i koniecznie w propagandowej obudowie, aby obywatele nie pomyśleli sobie nic złego, szczególnie o sprawcach zbrodni. Tymczasem w Izraelu i Niemczech można bezkarnie mówić i pisać o "polskich obozach śmierci" a Niemcy usiłują wymusić na Polsce odszkodowania, m.in. za złe traktowanie tych obywateli tego państwa, którzy kiedyś byli osadzeni w obozie Salomona Morela. I nie są to głupie, nic nie znaczące trele - morele.

[http://www.polskiejutro.com/art.php?p=3796]



_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 19:36      [zgłoszenie naruszenia]




Co mi ich teraz nienawidzić...


Obóz pracy Jaworzno skazany został w PRL-u na przemilczenie. Był miejscem komunistycznych zbrodni. Nie wolno było o nim pisać;w podręcznikach historii nie było wzmianki. Żyją jednak wciąż ludzie, którzy pamiętają, ludzie, którym Jaworzno odebrało najlepsze lata. Jak głosi motto biuletynu "Jaworzniacy": "Wolność można odzyskać, młodości nigdy".
Tadeusz Kopańskijest dziś schorowanym emerytem, weteranem "wielkich budów". Przez długie lata znałem go z ogródków działkowych; ot, znajomy ojca z pracy. O tym, jaką historię w sobie nosi dowiedziałem siędopiero gdy byłemdorosły...



Andrzej Kumor: Ile pan miał wtedy lat?

Tadeusz Kopański: Skończone osiemnaście. Sądzili mnie z artykułu 86 kodeksu karnego Wojska Polskiego, to jest: "siłą militarną obalenie ustroju Polski Ludowej i sojuszy", no i artykuł cztery przez jeden: broń. Dostałem dziesięć lat.

A.K: Jak do pana trafili?

T.K.: Mojego oficera zamordowało w Bochni UB, później doszło do połączenia organizacji - powstała słynna taka AP, Armia Powstańcza w Wolbromiu, co siedziało w tej sprawie dwóch księży: ksiądz Oborski i ksiądz Gadomski. No wie pan, jak to jest, jeden powie coś, drugi powie coś; wszystko niedoświadczeni konspiratorzy.
Należałem do Związku Walki Czynnej - organizacji, którą zakładali kiedyś i Piłsudski, i Sikorski, i Rydz-Śmigły.

A.K.: Kończy się wojna. Co pan wtedy robił, był pan w konspiracji podczas okupacji?

T.K.: Nie, nie. W czasie wojny, to ja byłem gazeciarzem.

A.K.: Jaki był program polityczny tej organizacji?

T.K.: Niepodległościowy, szkolenie, była to organizacja kadrowa, na wypadek wojny. O proszę, ona tu nawet w tym biuletynie figuruje: "Związek Walki Czynnej", 1949-50.
Tutaj w Krakowie było jedenaście osób, w Bochni było jeszcze kilka osób i jeszcze gdzieś tam w Polsce.

A.K.: I co? Aresztowali pana, potem śledztwo...

T.K.: Śledztwo na placu Inwalidów, w piwnicach.

A.K.: Jakie metody?

T.K.: Oj, straszne: jak tylko mnie rozwałkowali, to siedziałem w bunkrze pod klatką schodową, wołali stamtąd na przesłuchanie i dalej tam wkładali. Sikałem do miski, z miski jadłem. Dawali śledzia, bez wody, bez niczego...
I w takiej klatce, dwa razy większej jak to biurko, przesiedziałem prawie tydzień czasu. Sikałem pod siebie, proszę pana, dopiero później wrzucili do celi, do piwnicy.
Tam już spotkałem oficerów od Tysiąca, taka była słynna 106 Dywizja AK Ziemi Miechowskiej. Tam spotkałem Molendę, Więtkowskiego.
Rozprawę miałem na Montelupich w jednostce, sąd wojskowy, proces trwał sześć dni. Dostałem 10 lat więzienia.
Człowiek był młody, to i wszystko przyjmował. Pobity, nie pobity, ale jakoś przyjmował.

A.K.: Bili podczas przesłuchań?

T.K.: Bili, siedziałem na takim, o jak tu taborecie do góry tym; ta noga od taboretu do tyłka wchodzi... Jak wpadali do celi, to bili tak... Po głowie, po uszach. Ja mam głuche ucho jedno, na drugim aparat. Krew z uszu szła...
Ale to wszystko człowiek przetrzymał.

A.K.: O co chodziło w śledztwie?

T.K.: Podstawiali milicjantów, że niby się ich rozbroiło; przypisali mi broń jako dowód rzeczowy.
Myśmy broni mieli bardzo dużo, ale przed aresztowaniem zdołaliśmy wszystko upłynnić.
Byłem wyjątkowo na Montelupich prześladowany przez takiego oficera, który był z mojej dzielnicy - Krupa. Był tam też osławiony "Francuz". Taki Polak, wyrzucony za komunizm z Francji. Oni dostawali tu stopnie oficerskie i pracowali w bezpieczeństwie, byli oficerami więziennictwa, inspektorami więziennictwa. Ten "Francuz", jak mnie zaczął bić na trzecim oddziale, to mnie kończył w bunkrze...
Pamiętam Wigilię na Montelupich. Trzydziestu dwóch wgonili nas do bunkra nago, jeszcze próbowali polewać wodą - pierwsza moja Wigilia więzienna.

A.K.: Dziesięć lat więzienia - gdzie pierwszy etap?

T.K.: Zmontowali transport, KBW prowadziło z bagnetami prawie pod łopatką, straż więzienna, diegtierowy; zorganizowali kolumnę na dworzec towarowy, na Kamienną i stamtąd (pociągiem) do Wronek. Po drodze, jakżeśmy gdzieś wołali wody, to proszę pana, straż była wewnątrz, KBW na zewnątrz, i mówili, że wiozą zbrodniarzy niemieckich.
We Wronkach - przyjęcie. Do naga rozebrali przed budynkiem, kazali klęczeć, "żeby nas przyjęli do więzienia", musieliśmy klęczeć, "aby nas Polska Ludowa przyjęła do więzienia".

A.K.: Kto obsadzał więzienie?

T.K.: Wewnątrz strażnicy, na zewnątrz KBW, bunkry, strzelnice, obłożone workami z piaskiem. Jak się tam już człowiek dostał pod tę pierwszą bramę, to KBW nic już do niego nie miało.
Gdy przychodził transport, to był taki sygnał, wszyscy strażnicy się zlatywali, brali pały, drągi, ściągali pasy. To jak człowiek dostał takim pasem...
I tak trzeba było biec przez siedem bram, przez oddziały do celi. Ładowali nas po sześciu.
Byli tacy koledzy, co chcieli się powiesić od razu. Tylko nie było na czym, bo do naga rozebrani, nie było nawet na czym się powiesić. Tak żeśmy dostali w tyłek.

A.K.: Spało się na podłodze?

T.K.: Na betonie. To był taki asfalt, ale mówiło się beton. Była tam jedna prycza. Ale nie można było spać na pryczy, bo nikt by się tam nie zmieścił. Po paru godzinach rzucili jakieś bety bieliznę. Po kilku dniach umundurowali - dali takie pantery włoskie.

A.K.: Pędzili do pracy?

T.K.: We Wronkach nie. Po jakimś czasie segregowali nas.
Ja miałem 10 lat. Był tam taki oddział "C". Tam, na tym oddziale, gdzie siedział kiedyś słynny Pilecki, Skalski siedział ten pilot słynny. Tam miało się od dziesięciu lat do kary śmierci.
Wpadali, bili nie wiadomo za co i kiedy. Tak jak im się podobało, pobili całą celę.

A.K.: W nocy też?

T.K.: Obojętne kiedy, dla zabawy nieraz bili. Potem brali na dyżurkę i jak człowiek przyznał, że bili, to go jeszcze raz inni pobili.
Po roku gdzieś, w nocy sformowali transport. Dziewięciu nas było. Ja to się wtedy źle ustawiłem. Miałem przeziębiony pęcherz, już krwią sikałem, musiałem co chwileczkę sikać i tak jakoś źle stanąłem, że skuli mnie na dwie ręce - nieparzysty byłem. Z jednej ręki miałem brata biskupa Pieronka, który jest teraz sekretarzem, tu u prezydenta miasta Lasoty, z drugiej ręki miałem innego kolegę.
Przetransportowali nas do Rawicza. I też po drodze - pamiętam - zakonnica chciała mi jakąś kanapkę rzucić, my w tych włoskich panterach, oczywiście krzyczeli, że "zbrodniarze niemieccy", żeby nic nie podawać.
Najgorsze, że ja musiałem sikać co chwilę i tych dwóch musiałem brać ze sobą do rozporka.
W Rawiczu przesiedzieliśmy trzy miesiące bez niczego, tylko o kawie i o chlebie. Upominaliśmy się o jakiegoś papierosa - w końcu powiedzieli nam, że jesteśmy tam tylko etapem, że jedziemy dalej...
I tak w 52 roku znalazłem się w Jaworznie. Wyładowali nas w Szczakowie. Najpierw żeśmy długo szli - znów mówili ludziom, że Niemcy - potem załadowali do samochodu.

A.K.: I ludzie w to wierzyli?

T.K.: Nie, nie wierzyli, wiedzieli, o kogo chodzi.
I proszę pana, załadowali nas na samochód, tak że jeden na drugim albo musiał leżeć, albo siedzieć, tak aby się żaden nie poderwał. To typowe było - jeden na drugim leżał na nogach, żeby nie móc się poderwać.
No i zaczęło się w Jaworznie.
W Krakowie, na Montelupich, bił mnie ten Krupa. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że jeden z moich kolegów znał jego żonę i kiedyś na celi powiedział, że ją znał od tych spraw łóżkowych. Oberwaliśmy wszyscy...
Jak mnie przywieźli do tego Jaworzna, stoimy szeregiem, a tu patrzę Krupa idzie... To ja już wtedy wolałem do Wronek jechać z powrotem. I Krupa mówi: no widzisz "faszysto" - znów jesteś u mnie.
Widzi pan, to jest tak: we Wronkach, jak ja miałem te dziesięć lat, to mój wyrok był średni. W Jaworznie to był już duży wyrok. Nas tam może było paru z takimi wyrokami. Średni wyrok to było pięć - siedem lat.
Pracowaliśmy niewolniczo. Jako "dużowyrokowiec" nie byłem brany poza obóz, pracowałem w kartoflarni siedziało się tam i godzinami obierało brukiew, którą się jadło od jesieni do wiosny, raz na tydzień była jakaś grochówka. Na początku człowiek wyrzucał robaki, później jadło się z robakami, ze wszystkim.
Zresztą uprzedził mnie lekarz we Wronkach. Zacząłem wykładać te robaki na brzeg miski, a on mówi: "bracie Polaku, jak nie będziesz tego jadł, to nie przeżyjesz, bo to jest tłuszcz".
Pracowałem w kartoflarni, potem byłem długo takim porządkowym rejonu na placu - śmieci, nie śmieci, grabienie pasów śmierci - przy strażniku oczywiście. Miałem za to okazję coś do bunkrów włożyć kolegom. I zawsze za kogoś obrywałem.
Był taki słynny Morel (pogrubienie moje) i w końcu z jednym politrukiem ruskim, z takim Piontkowskim, skazali mnie na prefabrykację. Strasznie ciężki oddział. Robiło się od świtu do nocy. Oczywiście: sto papierosów miesięcznie, kostka Ceresu na miesiąc, czasem pozwolili chleba kupić białego. Tam znów przez znajomości dostałem się do zbrojarni. Praca była o tyle lżejsza, że nie trzeba było tym betonem na formach robić, na stołach wibracyjnych, tylko kręciło się wiązania do belek DMS. Tam uczyli. Zrobiłem taki podstawowy kurs murarsko-zbrojarski. Niedzielami żeśmy się uczyli.
Wykładał tam m.in. inż. Tyrała, przyjaciel pańskiego ojca. Później, po wyjściu, ten Tyrała wziął mnie do Skawiny, na elektrownię. Tam złożyłem egzamin mistrzowski betoniarz-zbrojarz.
Przez pół roku dłużej robiliśmy, niedzielami, by ten Tyrała wcześniej wyszedł na wolność. Potrafiliśmy za jednego człowieka robić niedzielami.

A.K.: Ci, co uczyli to byli więźniowie?

T.K.: Oczywiście. Później, po wyjściu przerobiłem rok czasu w piecach przemysłowych, też mnie znajomy wziął do pracy, ale wygonił mnie tam taki kadrowy, były fornal z dworu, wygonił mnie dosłownie. Krzyczał: "Kto Kopańskiego przyjął do roboty?!". Budowaliśmy bunkry od powiewów atomowych na terenie Solwayu. Tam były znajomości, bo brat tam robił, ale mnie wygonili.
I poszedłem do tego Tyrały. On był wtedy za głównego kierownika budowy elektrowni Jaworzno. Tam później pański ojciec przyszedł z Andrychowa, no i tam pracowaliśmy.

A.K.: Czyli w obozie w Jaworznie był pan do którego roku?

T.K.: Do 54 roku. Za Stalina jeszcze oberwałem. Powiedziałem na celi, a kapusiów było od metra - ludzie donosili za różne cuda - powiedziałem jakoś nieostrożnie, że bym Stalina powiesił. Tak na poważnie.
Za trzy dni, na przesłuchanie i do bunkra. Chcieli mi to udowodnić. Założyłem trzecią głodówkę z kolei. Rzuciłem w trzecim dniu miską w tym bunkrze. Powiedzieli mi, że jak mi udowodnią, to wywiozą do Strzelc Opolskich, a tam już kapusie dobiją. Tracili tak ludzi, oddawali do Strzelc.
I proszę pana, w trzecim dniu głodówki wyciągnęli na plac. Nie wiedziałem, co się dzieje, syreny wyły, strażnicy nosili na rękawach i przy mundurach takie czarne opaski. Ustawili nas wszystkich z bunkra - było nas dziesięciu - i tak końcem ust powiedział mi kolega jeden, Jezierski, tu z ulicy Wawrzyńca: "Tadek, Stalin zdechł".
Przerwałem głodówkę, bo była amnestia. Stalin umarł i dali wszystkim, co mieli twarde łoża, bunkry - zwolnili nas na cele. Dorwałem się do chleba; koledzy mi wyrwali ten chleb z ręki, żebym za dużo nie pojadł, dali trochę wody z cukrem...
Dużo się zmieniło po śmierci Stalina. Ci strażnicy byli inni, więcej było tych speców, troszeczkę było inaczej.
W Jaworznie miałem bardzo duży wyrok. Takich było może pięciu, może sześciu. Znali nas jak na palcach - wszyscy: strażnicy, spece, naczelnicy - tych paru, co mieli duże wyroki. Mnie specjalnie nazywali "faszystą" - nie wiem dlaczego, nigdy faszystą nie byłem, ojciec był przed wojną w partii socjalistycznej, za okupacji tu siedział w obozie, a ja zaraziłem się antykomunizmem, jako gazeciarz, jak za okupacji na każdej wystawie, na każdej witrynie sklepowej były plakaty ze zdjęciami Polaków pomordowanych w Katyniu.

A.K.: Z komunizmem się pan przed wojną nie zetknął?

T.K.: Nie, proszę pana, za okupacji ojciec był w Armii Krajowej, brat ojca w Armii Krajowej, tak że wie pan...

A.K.: Jak pan przyjął wejście armii sowieckiej?

T.K.: Byłem wtedy jeszcze dzieciakiem... Co mi ich nienawidzić po tym więzieniu, po tym wszystkim?

A.K.: Wierzył pan, że kiedykolwiek komunizm padnie, że będzie pan kiedyś jeszcze o tym wszystkim otwarcie mówił, że to się sypnie, załamie, że ludzie to rozniosą?

T.K.: Tak, tak! Wiecznie wierzyłem - mogę panu zaprzysiąc. Wiedziałem, że wojny w Europie nie będzie, bo to technicznie - tak jakby się człowiek zastanawiał - było niemożliwe, tylko wierzyłem, że tu się coś politycznie zmieni.

A.K.: Gdy pan siedział w Jaworznie, kto tam był jeszcze oprócz Polaków?

T.K.: Przywieźli raz młodych ludzi, z tej sotni, co zastrzeliła Świerczewskiego, było paru. To się ich pokazywało, że z UPA. Niemców nie spotkałem.
Jaworzno to był obóz koncentracyjny - filia Oświęcimia, później go tylko powiększyli. Z akcji "Wisła" przywozili z powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego do Jaworzna. I tam ich zdziesiątkowali tych ludzi. Leżą gdzieś tam pod tymi sosenkami.

A.K.: Mówi pan "zdziesiątkowali" przez bicie, czy...

T.K.: Przez bicie, zamorzenie. Deskami bili, mordowali tych ludzi na co dzień, ten Morel (pogrubienie moje) i spółka. Jak ich załatwili, to zaczęli nas zwozić, więźniów.
Szykowali tych więźniów na Koreę. Mieli stworzyć mięso armatnie, nawet zaczęli jakieś mundury do magazynów przywozić.

A.K.: Odbywało się szkolenie wojskowe?

T.K.: Nie, niektórzy piszą, że było szkolenie wojskowe, ale to jest nieprawda. Ludzie byli tak wycieńczeni... Jakżeśmy szli z pracy, to trzymaliśmy się pod pachy, bo to człowiek niedożywiony, co drugi nie widział, kurza ślepota.
Później ten zamysł jakoś upadł. Nie dało się tych ludzi pod Makarenkę wziąć, stawaliśmy się coraz bardziej twardzi. Były wypadki, że strzelali do nas z bocianek strażnicy strzelali do wewnątrz więzienia.
Jak wychodziłem na wolność, miałem pięć głodówek za sobą.
Raz postawili mi poważny zarzut kolega puścił kapusiowi pustaka na budowie, chciał go zabić. Kapuś oberwał pustakiem w obojczyk i mnie to przypisali. Skończyło się po jakiejś pięciodniowej głodówce i dali mi spokój.
Co ciekawe, instruktorów, specjalistów od pogadanek, namnożyło się, jak partia wyklęła w Gryficach...
Tu musimy się cofnąć. Przy skupie zbóż w jakimś powiecie szczecińskim KBW, ZMP i urzędnicy z urzędów powiatowych bili chłopów przy oddawaniu zboża. I później to już na taką skalę poszło, że ich wszystkich osądzili i wrzucili do Jaworzna. To byli gorsi ludzie niż strażnicy. I próbowali na kursach uczyć, i radiowęzeł montować, wykłady robić...

A.K.: Oni tam byli jako więźniowie?

T.K.: Tak, tak, jako więźniowie. Człowiek szedł z pracy, to wganiali na świetlicę i tłukli (propagandę) do głowy, i tłukli...
Później też zaczęli przywozić kryminalistów, takich zwykłych. Ale, wie pan, z nimi nie było kłopotu, dobrzy koledzy. Oni zawsze gdzieś tam byli przy żywności, w magazynie kapusty czy świniarni, zawsze coś tam podrzucili, nawet tych kartofli spod ryja świńskiego wzięli i przynieśli pod celę.
Mój ojciec jeździł za mną, pisał. Raz Bierut był w Krakowie i ojciec się do niego dostał przez Cyrankiewicza i tam mu dał list o mnie. Wezwali go do Warszawy, dostał się do sekretarza biura prawnego prezydenta. No i zdjęli mi pięć lat...
Później na tej prefabrykacji był taki system, że jak się robiło niewolniczo, to zaliczyli miesiąc siedzenia za dwa. Ja załapałem się na te dziesięć miesięcy.
W sumie odsiedziałem: cztery lata, jeden miesiąc, dwadzieścia jeden dni. O, tu jest karta zwolnienia...
Amnestia mnie nie objęła, bo miałem "artykuł dwa", dowództwo w grupie. W ogóle to aresztowali mnie półtora miesiąca przed maturą z technikum handlowego. Po zwolnieniu chciałem iść do technikum, ale mi powiedzieli, że "bandytów" nie przyjmują...

A.K.: Wrócił pan do Krakowa?

T.K.: Inżynier Tyrała wziął mnie do Łagiszy. Budowaliśmy elektrownię. Był jeszcze taki moment, że ktoś się doszukał, że za dużo tam było skazanych. Ja byłem skazany, był też tam taki Przonda technik, były więzień, Tyrała, jeszcze ktoś tam był. Wtedy tam był dyrektorem Wilk. Złożył za nas wszystkich poręczenie w Będzinie, że "on za tych ludzi sam odpowiada".
Potem pojechałem do Tarnowa, z Tarnowa też na elektrownie, znów do Skawiny. Później się tak błąkałem po tych budowach, spędziłem w tym biznesie 32 lata.
(...)
Dostałem w Skawinie Przodownika Pracy, taką gwiazdę Pstrowskiego.
Pracowałem, bo co miałem robić?! Była jedna zasada: żeby przeżyć, to człowiek musiał być lepszy w pracy niż inni; żeby nie wyrzucili, żeby nie szantażowali tą partią musiał być lepszy niż inni. Bo to była jakaś taka dewiza. Po wyjściu, dwa trzy razy w roku, przed pierwszym majem, wpadali i musiałem iść na dzień, na dwa. Na komisariat, albo na Siemiradzkiego na powiatówkę. Każdy dzielnicowy, który się zmieniał na posterunku, musiał mnie przekazać. Przychodził, pytał, kto zameldowany, ile ludzi tu mieszka. (...) Ostatni raz mi porobili zdjęcia, przesłuchali, palcówkę zdjęli w 1969 na Zamojskiego.
Jak byłem na przysiędze syna, w Zamościu, to przyszedł taki chorąży i powiedział, że "wszystko o mnie wiedzą"...

A.K.: Czyli papiery nie ginęły...

T.K.: Oj, nie ginęły.

A.K.: Czy pan dziś czegoś żałuje?

T.K.: Nie, niczego nie żałuję!
Proszę pana, jakby się tak człowiek zastanowił, to gdyby nie było tych ludzi buntujących się, bo był czas, gdy w Polsce siedziało 100 tys. ludzi, jak by tych ludzi prześladowanych nie było, to nie byłoby "Solidarności" tak! Toby się nigdy nie dźwignęło. Nie byłoby tych korzeni.
(...)
Ja wiedziałem, proszę pana, że powstanie ten związek więźniów politycznych. Proszę sobie wyobrazić, pewnego razu jestem w domu, przeczytałem cały "Dziennik" i na ostatniej stronicy zauważyłem taką notatkę. Potrzeba było piętnastu chętnych do zarejestrowania. Byłem szósty.
Założyliśmy w 1989 roku związek (Związek Byłych Więźniów Politycznych), jako Zarząd Główny w Krakowie. Trzeba było to w sądzie zarejestrować, zrobić jakiś statut... Gdy dostałem legitymację więźnia politycznego, to łzy stanęły mi w oczach że po tylu latach, że się jednak doczekałem.

A.K.: Spotykał pan później tych ludzi, tych oprawców?

T.K.: Tak, spotykałem. W Tarnowie spotkałem tego Krupę. Już był bez nogi, chłopaki mu dojechali, stracił gdzieś nogę, ale dalej był naczelnikiem więzienia w Mościcach, koło Tarnowa.
Byłem też świadkiem, jak następny naczelnik, Zieliński, umierał tu w szpitalu milicyjnym w Krakowie. Poszedłem tam kogoś odwiedzić i ten ktoś mi powiedział, że w drugim pokoju umiera słynny ten Zieliński. Poszedłem zobaczyć...
Zieliński umarł, Krupa gdzieś tu żyje w Krakowie, nie staramy się go ścigać; Morel (pogrubienie moje) uciekł do Izraela i jest poszukiwany jako ludobójca. A tak, no to, wie pan, nie szukamy zemsty. Sprawiedliwości owszem, ale nie zemsty.

A.K.: Czy pana nie boli, że jest wciąż dziś tylu "kombatantów" tej drugiej strony?

T.K.: To, co my tutaj zajmujemy, ten budynek, to tak: naprzeciwko jest związek Armii Krajowej, są sybiracy, Rodzina Katyńska, Rodzina Policyjna i "oni" też tu siedzą. Dawni utrwalacze chodzą do góry, my na dole.
Mamy kupę odznaczeń, medali. Dostałem stopień podporucznika z Londynu. Prezydent Kaczorowski uznał wszystkie nasze organizacje. O tu jest legitymacja. Jestem podporucznikiem podziemnych sił zbrojnych. A w Wojsku Polskim, "za zasługi" w walce z komunizmem, starszy sierżant.
Zdrowia tylko brakuje...

A.K.: Jak pan sądzi, na ile ta dzisiejsza Polska jest suwerenna, jest pana Polską?

T.K.: Proszę pana, dokąd nie umrą działacze komunistyczni, sędziowie, przecież to są ci sami sędziowie! Ludzie tu do nas piszą, że ten co go sądził w latach 50., dalej jest sędzią. Niedawno umarła dopiero ta, co Nila sądziła. A mamy też inne sygnały. To dopiero jak przyjdzie następne pokolenie. Mazowiecki zrobił błąd. Należało tych ludzi od razu rozliczyć.
(...)
Powiem panu też i taką rzecz: zebraliśmy się, te poruczniki, AK-owcy i sybiraki, i my jako więźniowie polityczni, poszliśmy 3 maja ze sztandarami na Wawel. Całą godzinę (kard.) Macharski mówił o św. Stanisławie, całą godzinę. Żeby powiedział choć słowo, że wita tych umęczonych, biednych ludzi, tych Katyniaków, więźniów. W telewizji mignęło tylko; pokazali trochę sztandarów, a o tym piosenkarzu, co się drapał po kroczu, było całe siedem minut... Czyli on był ważniejszy niż ci, co tam przyszli zamanifestować na ten Wawel.
Jakoś to boli.
Młodzież na Wawel goniła, jak milicja ją pałowała, ZOMO, ORMO. Jakby pan poszedł 3 maja na Wawel, dzisiaj, to trochę KPN krzyczy, trochę krzyczą Republikanie, a młodzieży nie ma. Młodzi ludzie wiedzą, jak się nazywa jakiś szarpidrut, a nie znają działaczy niepodległościowych. Nie ma w Polsce zaplecza, młodzież nie jest wychowana w narodowym duchu. Nazwiska Piłsudskiego napisać poprawnie nie potrafią!
Nabiliśmy takich cegiełek z Piłsudskim, jakżeśmy robili ten sztandar, chcieliśmy je gdzieś tak za darmo po szkołach rozprowadzić. Wie pan, że nauczyciele nie chcieli przyjmować? Za darmo chcieliśmy dawać do szkół, zrobić jakąś lekcję światopoglądową czy patriotyczną, ale nam odmówili...

A.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę.


Wywiad został przeprowadzony w maju 1998 roku

[snow.prohosting.com/kumor/jaworzno.htm]




Zmieniony przez - Barakus w dniu 2007-01-28 19:37:56
_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 19:41      [zgłoszenie naruszenia]

Z HISTORII SŁUPECKIEGO LO [284]
Słupca, 2006-04-21

W 55. rocznicę utworzenia młodzieżowego ,,Łagru w Jaworznie.



W kwietniu bieżącego roku mija 55 rocznica pierwszych transportów młodocianych więźniów politycznych do jaworznickiego łagru, utworzonego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego dla młodzieży patriotycznego podziemia. Przez więzienie w Jaworznie przeszło w latach 1951-1955 około dziesięciu tysięcy młodzieży męskiej. Ofiarami tego katorżniczego gułagu była spora liczba licealistów słupeckich. Liceum słupeckie należy do fenomenu niespotykanego w skali całego kraju. Tu był zorganizowany pluton młodych ludzi Konspiracyjnego Wojska Polskiego, o którym wiedział prof. Siwy, ksiądz prefekt i kapelan AK Kazimierz Kaik - to on odebrał przysięgę podopiecznych dochowania wierności zasadom konspiracji, a prof. A. Zdziarski - ,,Hubalczyk charakteryzował swoich uczniów wyjeżdżających nocą na rowerach na różne akcje w okolicach Słupcy. W tej szkole dwukrotnie przeprowadzono brutalne aresztowania młodzieży patriotycznej przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Koninie - w 1946 r. i cztery lata później w 1950 r. oraz skazywano ją przez Wojskowy Sąd Rejonowy na kary długoletniego pozbawienia wolności. Mimo licznych aresztowań i surowych wyroków sądowych przejawy buntu młodzieży licealnej trwały nadal.

Ciężkiej próbie zastraszenia i represji poprzez różnego rodzaju kontrole, przesłuchania, fikcyjne zarzuty, poddani zostali profesorowie i młodzież szkolna. Zakresem podejrzeń objęte były nawet lektury w bibliotece szkolnej. A dyrektor szkoły dr Jan Miśkowiak i jego żona zostali karnie przeniesieni do innej szkoły. W owym czasie, miejskie władze administracyjne i polityczne rozważały możliwość likwidacji Liceum jako niebezpiecznego ogniska buntu młodzieżowego przeciw postępującej sowietyzacji kraju. Niezwykłą historią słupeckiego Liceum i jego patriotycznej młodzieży zainteresowany jest Instytut Pamięci Narodowej w Poznaniu.

W 1990 r. ukazał się w Gazecie Słupeckiej artykuł Jacka Bartkowiaka pt. ,,Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące w Słupcy w latach stalinowskich. Informacje w tym artykule podane są na podstawie, między innymi, kroniki szkolnej prowadzonej przez dr. J. Miśkowiaka. Niestety, niektóre przekazy mijają się z prawdą historyczną. I tak na przykład w artykule napisano, powołując się na szkolną kronikę: ,,W 1946 roku aresztowano trzech uczniów oskarżonych o przynależność do tajnej organizacji (Pawlikowski, Osiński, Bruzdowicz). Wrócili oni do szkoły w czerwcu 1947 roku, a rada pedagogiczna poparła ich prośby o ponowne przyjęcie.

Prawda jest zupełnie inna. Jak wynika z dokumentacji sądowej i spisanych wspomnień ucznia Jana Radziejowskiego, aresztowanie nastąpiło 19-20 maja 1946 r. przez UB w Koninie. Aresztowani zostali następujący uczniowie gimnazjum: Adam Sobczak, Stanisław Bruzdowicz, Jan Kałecki, Stanisław Kosmalski, Jan Radziejowski i Jerzy Pawlicki (a nie Pawlikowski). A następnie skazani zostali przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu na sesji wyjazdowej w Koninie (sprawa pokazowa i nagłośniona) w dniu 10 lipca 1946 r. wyrokiem Nr 344 na karę od 7 do 2 lat więzienia i pozbawienia praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na przeciąg od 3 do 1 roku. Zdzisław Osiński i Romuald Grabarczyk zdążyli zbiec i ukryć się do czasu ogłoszenia amnestii. Uczniowie ci na mocy postanowienia sądowego, mimo uzyskania amnestii w 1947 r., stali się obywatelami drugiej kategorii na wiele lat i zostali pozbawieni możliwości kontynuowania nauki w szkole. Dlatego podana we wspomnianym artykule informacja o ponownym przyjęciu uczniów do gimnazjum jest wysoce nieprawdopodobna i pozostaje w sferze różnych spekulacji.

Jan Radziejewski tak napisał w kontekście swoich wspomnień: ,,Zaraz po wyjściu z więzienia (11.03.1947 r.) próbowałem dostać się do Gimnazjum w Słupcy, by dokończyć choć jeden miesiąc i uzyskać małą maturę. Oficjalnie nie było możliwości, o czym otwarcie powiedział mi dyr. Karol Siwy, jednak po dłuższych rozważaniach i namowy Adolfa Zdziarskiego oraz prefekta Kazimierza Kaika dał cichą zgodę bym uczęszczał do gimnazjum jako wolny słuchacz do końca roku szkolnego. Świadectwa nie otrzymałem. Dyrektor Siwy był prezesem PSL mikołajczykowskiego i przeciwnikiem politycznym panującego wtedy układu. W styczniu 1947 r., w czasie wyborów do sejmu ukrywał się w internacie gimnazjalnym w obawie przed zagrożeniem własnego życia w wyniku wydanego rozkładu ministra MBP. Oto treść tego rozkazu z dnia 4 X 1945 r., wydanego przez ministra Stanisława Radkiewicza do Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa i placówek UB w całym kraju: ,,W ostatnich tygodniach na terenie całego kraju wzmaga się działalność band reakcyjnych i konspiracyjna działalność antypaństwowa. Jesteśmy w posiadaniu dokumentów stwierdzających, że akcja ta jest popierana przez legalne stronnictwa opozycyjne, które z tą akcją sympatyzują. Szereg poufnych wystąpień tych stronnictw miało charakter wybitnie wrogi dla rządu i demokratycznego ustroju. Stronnictwa te usiłują rozbić rząd, jednolity blok stronnictw demokratycznych. W związku z tym polecam kierownikom placówek UB, aby w największej tajemnicy przygotowali akcję mającą na celu likwidowanie działaczy tych stronnictw, przy czym musi być ona upozorowana, jakoby to robiły bandy reakcyjne. Do akcji tej wskazane jest użycie specjalnych bojówek stworzonych latem ub. roku. Akcji tej ma towarzyszyć kampania prasowa skierowana przeciwko bandom terrorystycznym, na które spadnie odpowiedzialność za te czyny. Szczegóły wykonania powierza się kierownikom placówek pod surową karną odpowiedzialnością osobistą.

Już w 1946 r. Komitet Miejski PPR zwrócił się do Komitetu Powiatowego Partii w Koninie o przeniesienie dyrektora Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Słupcy na inny teren ,,ponieważ Karol Siwy doprowadza społeczeństwo i miasto do zupełnego rozkładu i wrogo nastawia je do Rządu Jedności Narodowej; dowodem tego jest słaby puls wyborów do referendum, rozbicie Rady Narodowej w Słupcy.

Również w części III wspomnianego artykułu J. Bartkowiaka, są błędy dotyczące liczby aresztowanych uczniów liceum. Dla sprostowania podaję właściwe nazwiska aresztowanych w 1950 r. licealistów, skazanych przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu na przeciętną karę od 5 do 12 lat więzienia i pozbawienia praw publicznych i obywatelskich praw honorowych do 3 lat. Są to: Stanisław Antkowski, Kazimierz Maciejewski, Jerzy Dyc, Jerzy Grzelak, Wawrzyniec Jabłoński, Tadeusz Janas, Eugeniusz Wańczyk, Lucjan Ligocki, Bogumił Malski, Zygmunt Przybylski, Jan Sznajder, Roman Werbiński, Tadeusz Werbiński, Bogdan Ziętek, Zenon Woźniak, Ryszard Rąbczewski. Spora liczba licealistów należąca do konspiracji nie została wykryta przez aparat bezpieczeństwa i nie była aresztowana.

W słupeckim Liceum mieliśmy dwupokoleniową konspirację niepodległościową. Pokolenie młodzieży starszej, która nieomal w marszu przeszła z konspiracji antyhitlerowskiej do zbrojnej walki z okupantem sowieckim oraz siłami z nim kolaborującymi i w ciągu paru lat została bezwzględnie rozbita i wyniszczona. I drugie pokolenie młodzieży, które podjęło nową formę walki, taką jak: pisanie i rozwieszanie ulotek, pisanie haseł na ścianach, wysyłanie listów pogróżkowych do działaczy komunistycznych, niszczenie plakatów i gazetek propagandowych. Był to też odruch sprzeciwu wobec licznych przykładów terroru podczas kolektywizacji wsi, rozbicia polskiego harcerstwa, zniewolenia niezależnych wydawnictw, niezależnego funkcjonowania radia, prześladowania Kościoła katolickiego, poniżenia i upokorzenia narodu przez zniekształcenie historii i zakłamanie jego bohaterskiej wielkości.

Była to ostatnia formacja pokoleniowa młodzieży patriotycznej, niespotykana w pozostałych państwach Europy ujarzmionych przez Sowietów, wychowana na literaturze wielkich polskich twórców XIX wieku, inspirowana do bohaterskich czynów przez żywą legendę Armii Krajowej, która chciała w sposób bezkrwawy, przy pomocy protestów, wywalczyć Polskę niepodległą.

Przygotowana przeze mnie książka pt. ,,Tożsamość będzie poświęcona pamięci moich więzionych Kolegów, także znoszącym upokorzenia i cierpienia naszym Rodzicom i Profesorom z Liceum słupeckiego. Będą to wspomnienia z okresu narodowej walki z okupacją niemiecką oraz powojennego oporu społecznego przeciw narzuconej przemocą sowietyzacji kraju i komunistycznego zniewolenia społeczeństwa (głównie w regionie Słupcy i Konina). Książka będzie przestawiać też cierpienia i losy młodzieży patriotycznej, która dostała się w jarzmo ludobójczego aparatu bezpieki.

,,Łagier Jaworzno (więzienie dla młodzieży patriotycznego podziemia) - to temat opracowany na podstawie przeżyć własnych i moich kolegów oraz dostępnej obecnie bogatej dokumentacji w literaturze poświęconej młodzieżowemu gułagowi. Mam tu na uwadze wydane takie poważne opracowania, między innymi:

- ,,Jaworzno, historia więzienia dla młodocianych więźniów politycznych 1951-1955 - dr. Krzysztofa Szwagrzyka;

- ,,Konspiracja młodzieży szkolnej 1945-1956 - Henryka Pająka;

- ,,Łagier Jaworzno - Mateusza Wyrwicha.

Chcę tym sposobem odsłonić rąbek ścisłej tajemnicy skrywanej w czasach PRL, kompromitującej aparat władzy podporządkowanej sowieckim służbom specjalnym.

Młodzież patriotyczna, skazywana przeważnie na wyroki od 5 do 10 lat więzienia, w większości pochodząca ze szkół, przetransportowana do gułagu w Jaworznie, poddana została reedukacji według wzorów pedagoga radzieckiego Makarenki, przystosowanych do warunków polskich przez prof. Lewina. W dokumentach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) istniała uwaga, że ,,podejmuje się przedsięwzięcie, aby młodzież nie ulegała demoralizującym wpływom starszej generacji społeczeństwa przesiąkniętej sanacyjną Polską, lub czerpała natchnienie z podszeptów imperialistycznej propagandy.

Młodzież wtedy zakładająca swe organizacje miała po czternaście, piętnaście, szesnaście lat. Dla funkcjonariuszy UB czy sądów wojskowych nie miało żadnego znaczenia, że byli dziećmi. Traktowano ich równie brutalnie jak dorosłych. Przyjęto wtedy zasadę, że nie wiek, ale ranga przestępstwa decydowała o wymiarze kary. Tego rodzaju przestępstwa zaliczano wtedy jako zbrodnie stanu.

Wszystkie transporty były drobiazgowo zaplanowane w MBP, a nad nimi pieczę sprawował radziecki rezydent NKWD, wiecznie pijany, major Griumkow. Dla wywołania psychozy strachu wśród więźniów zaplanowano początkowo kilkoro ich zastrzelić pod pozorem ucieczki z transportu, lecz nie wiadomo, dlaczego z tego zrezygnowano. Niektóre kolumny więźniów podczas przemarszu do obozu celowo ubrano w uniformy niemieckiej młodzieży Hitlerjugend, a ludność poinformowano o groźnych przestępcach niemieckich. Dla ukazania spontanicznej nienawiści ze strony ludzi zatrudniono za niewielką opłatą ORMO-wców, którzy wykrzykiwali ustalone hasła, jak: ,,zabić bandytów, rzucali kamieniami i poszturchiwali kijami maszerujących. Każda kolumna więźniów eskortowana była przez odpowiednio dobranych i przeszkolonych ideologicznie żołnierzy z jednostki KBW, uzbrojonych w broń maszynową i wyposażonych w niemieckie psy owczarki.

W ,,Obozie Jaworzno, słynny z okrucieństwa i wulgarności naczelnik Salomon Morel (pogrubienie moje) zastosował własną koncepcję wychowawczą, którą wyraził na odprawie wśród podwładnych funkcjonariuszy więzionych: ,,Trzeba im do******lić tak, żeby te s****ysyny, bandyci wiedzieli, że władza ludowa ma tu panowanie. Zrobimy im tu dwie Berezy na raz. Niech odpokutuje to faszystowskie nasienie za winy swoich ojców. Gdyby nie ich ojcowie, nigdy nie byłoby wojny. Morel (pogrubienie moje) lubił stawać w rozkroku jak gestapowiec i wygłaszać pogróżkowe mowy powitalne w obecności przybyłych z transportu, przygnębionych i wystraszonych więźniów w rodzaju: ,,Zgnoimy was (...). Nigdy stąd nie wyjdziecie (...). Nie przyjechaliście tu po to, żeby żyć, ale zgnić. Za co siedzicie? - pytał Morel (pogrubienie moje). Ktoś z więźniów odpowiedział: Za działalność polityczną. Polityczni to byli przed wojną, wy jesteście bandytami! - Wydarł się Morel (pogrubienie moje). Popatrzcie na wschodzące słoneczko, bo niektórzy z was po raz ostatni je widzą.

Do kuriozum należy to, że Salomon Morel (pogrubienie moje) oskarżony jest o zbrodnie ludobójstwa przez polski wymiar sprawiedliwości i poszukiwany listem gończym. Chroni go prawo izraelskie. Otrzymuje też od państwa polskiego za popełnione zbrodnie emeryturę w wysokości około 5.000 zł (sprawa ta jest wciąż, od dłuższego czasu, nagłaśniana przez publikatory i środku masowego przekazu).

Głównym celem więzienia była zmiana osobowości młodzieży oraz wykorzystanie jej dla agenturalnych przedsięwzięć komunizmu. Mieli to być, po wyjściu z więzienia, posłuszni obywatele drugiej kategorii, stanowiący armię niskopłatnych donosicieli, współpracowników bezpieki, milicji i ORMO. Mieli być też wykorzystywani w procesach politycznych, sfingowanych przeciw nauczycielom i duchowieństwu jako koronni świadkowie. Aby osiągnąć postawiony cel, trzeba było zastraszyć i złamać psychikę młodzieży. Zastosowano następujące środki przemocy: indokrynację, inwigilację, ciężką, katorżniczą dwunastogodzinną pracę, dyscyplinę, głodowe racje żywnościowe i stosowanie różnych dolegliwych kar. Dla więźniów współpracujących z władzami więzienia (,,pozytywnych) zastosowano szereg ulg, takich jak: lżejsza praca, lepsze traktowanie, możliwość wcześniejszego powrotu do domu i wiele innych udogodnień.

Ta szkoła łamania charakterów na szczęście nie sprawdziła się na młodzieży o ukształtowanej osobowości patriotycznej. Młodzież przeciwstawiła się perfidnej ideologii bolszewickiej opartej na przemocy, kłamstwie i nienawiści oraz zastosowanej metodzie łamania charakterów, stosując własną skuteczną obronę w postaci solidaryzmu więziennego i biernego oporu. Były wychowawca więzienny tak wspomina metodę wychowawczą zastosowaną wobec młodzieży patriotycznej w czasopiśmie ,,Jaworzniacy: ,,Metoda zastraszania i wzajemnej nieufności doprowadzona była w Jaworznie do perfekcji, nieomal do absurdu, a kilka pokazowych spraw sądowych odbytych na terenie więzienia stworzyło dodatkowe i jaskrawe przykłady jak ustrój rozlicza się z nielojalnymi i niepokonanymi. To była naprawdę doskonała perfidna szkoła łamania charakterów, muszę jednak z całym szacunkiem dla społeczności więziennej i odpowiedzialnością stwierdzić, że generalnie na szczęście się nie sprawdziła, być może jest w tym jakaś cząstka zasługi kilku z nas. Jak wynika z fragmentu listu mieliśmy wśród funkcjonariuszy więziennych sprzymierzeńców naszej niedoli.

Początkiem końca barbarzyńskiego eksperymentu więziennego w Jaworznie był wybuch protestu w maju 1955 r., gdy jednego z więźniów zastrzelono bez powodu. Od tej chwili więzienie w Jaworznie uległo stopniowej likwidacji i postarano się o zacieranie śladów jego istnienia.

Dzisiaj nie ma śladów po tym obiekcie młodzieżowej gehenny. Jedynie pomnik z wielkiego głazu kamiennego postawiony przez Środowisko Jaworzniaków i na nim wyryte napisy informują przechodniów w sposób następujący: ,,Na tym terenie w latach 1951-1955 znajdowało się więzienie dla młodocianych więźniów politycznych. Wolność można odzyskać, młodość - nigdy

Wielu młodocianych więźniów politycznych z jaworznickiego gułagu przedwcześnie zmarło z powodu głodowych racji żywieniowych, ciężkiej, katorżniczej pracy i stosowania różnych dolegliwych kar. Większość skorzystała z amnestii i powróciła do domów jako obywatele drugiej kategorii. Narażeni byli na różne szykany i prześladowania ze strony aparatu władzy PRL. Po wyjściu z więzienia zostali wcieleni przez wojskowe służby do kopalnianych brygad na dalszą katorżniczą pracę.

Ci, którym udało się dłużej przeżyć postanowili mówić prawdę o zbrodniczym systemie, o ludziach hańby, którzy go tworzyli i o ich ofiarach, ku pamięci tym, co zostali zamordowani i ku przestrodze tych, którzy żyć będą po nas.

Na terenie całego kraju poświęcono wiele trwałych form pamięci patriotycznej młodzieży z ,,Łagru Jaworzno. W Sanktuarium Licheńskim pobudowano jeden z najpiękniejszych pomników poświęcony pamięci ,,Jaworzniaków; w Koninie przy kościele św. Kolbego powstała stacja męczeństwa im. ,,Jaworzniaków; w Jaworznie w Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy zbudowano piękną kaplicę poświęconą pamięci ,,Jaworzniaków; Szkoła Podstawowa w Jaworznie zorganizowała izbę pamięci ,,Jaworzniaków; Szkoła Podstawowa w Krzesimowie otrzymała imię ,,Jaworzniaków, a dzieci tej szkoły wraz ze sztandarem towarzyszą ,,Jaworzniakom w różnych uroczystościach; w Warszawie - Rembertów zbudowano pomnik i jedna z ulic nosi nazwę ,,Jaworzniaków. Wiele drużyn harcerskich nazwano imieniem ,,Jaworzniaków. Można tu wyliczać dużo więcej dowodów narodowej pamięci poświęconej w całym kraju tej bohaterskiej młodzieży. Uważam, że nie będzie przesadą, jeśli przytoczę słowa wieszcza narodowego skierowane do rodaków zsyłanych na Sybir: ,,Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie.
Tadeusz Janas

[http://www.slupca.com.pl/index2.php?tekst=true&id=19744&seng=on&PHPSESSID=c3a10b905936165d5ed99476c5069799&PHPSESSID=c3a10b905936165d5ed99476c5069799&SN_NR=2&PHPSESSID=1dafae21636f7c4e3d04563800c987fd]


_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 19:43      [zgłoszenie naruszenia]

Jadwiga Chmielowska
W uznaniu zasług utrwalacza


To, czego nie dokonało całe nazistowskie wychowanie w szkole, dokonał on Solomon Morel - przez jedną noc nauczyłem się hitlerowskiej piosenki Horstwesellied - wspomina Gerhard Gruschka. Miał 14 lat, gdy trafił do świętochłowickiego łagru "Zgoda".



Na Górnym Sląsku zaraz po "wyzwoleniu" w barakach niemal wszystkich filii obozu w Oświęcimiu utworzono łagry, w których więziono "element niebezpieczny". Znaleźli się tam nie tylko Niemcy, ale też Polacy, powstańcy śląscy, żołnierze AK, Ślązacy, na których domy miał ktoś z przedstawicieli nowej władzy chrapkę. Z czasem w każdej kopalni zatrudniani byli więźniowie śląskich łagrów. Zastąpili oni górników wywożonych masowo do ZSRR.
Komendantem łagru w Świętochłowicach został Solomon Morel. Miał już nieco doświadczenia, gdyż od listopada 1944 r. był strażnikiem w słynnym więzieniu - katowni na Zamku w Lublinie. 15 lutego1945 r., czyli dwa tygodnie po wkroczeniu na Górny Śląsk Armii Czerwonej, Morel pojawił się w Katowicach wraz z grupą operacyjną Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. 26-letni Salomon Morel zostaje niemal natychmiast komendantem obozu "Zgoda". Tam właśnie katując więźniów do nieprzytomności, zabawiał się w uczenie hitlerowskich piosenek. Ulubioną rozrywką było układanie więźniów w piramidki. Ci od spodu umierali, dusząc się pod ciałami kolejnych warstw. Szczególnie "niebezpieczna" dla nowego ustroju w Polsce okazała się Dorota Boreczek - 12-letnia dziewczynka trafiła do łagru wraz z matką. Cudem przeżyły - wyczołgały się za bramę, gdy obóz po zaledwie kilku miesiącach funkcjonowania został zlikwidowany. Tyfus, i "rozrywki" komendanta sprawiły, że z kilku tysięcy więźniów została garstka.
W uznaniu zasług Solomon Morel został mianowany w 1950 roku pierwszym naczelnikiem tzw. więzienia progresywnego w Jaworznie. Trafiali tam młodociani wrogowie władzy ludowej. Bardzo często za uprawianie "szeptanki", czyli np. opowiedzenie kawału w nieodpowiednim towarzystwie. Warunki panujące w tym obozie opisał Mateusz Wyrwich w książce Łagier Jaworzno. O wyjątkowym bestialstwie Morela wspomina też John Sack w swojej pracy Oko za oko.
Kariera Salomona Morela w więziennictwie trwała od listopada 1944 roku do 1968. W maju 1968 r., ze względu na stan zdrowia, uznano trwałą niezdolność do wykonywania zawodu.
Żona Morela, Wiesława, to była strażniczka w obozie "Zgoda". Poznali się w pracy. Jedyni krewni, z którymi państwo Morelowie utrzymywali kontakty, to kuzynostwo żony - pracownicy WUBP w Katowicach. Córka była jedną z gwiazd w ośrodku telewizji w Katowicach. Morelów w tym środowisku ceniono. Jakież było zaskoczenie byłych kolegów z pracy po emisji serii moich programów dokumentalnych poświęconych śląskim łagrom na antenie TVP SA Oddział w Katowicach.
Salomon Morel mieszka na stałe w Izraelu. Pierwszy list gończy wydano w 1996 roku. Obecnie prokuratorzy IPN oskarżają Morela o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości. Ponosi on osobistą odpowiedzialność za zamordowanie 1,5 tys. osób. 22 kwietnia 2004 r. minister sprawiedliwości podpisał kolejny wniosek o ekstradycję.
Salomon Morel otrzymuje emeryturę w wysokości 4968 zł brutto za 23 lata, 6 miesięcy i 22 dni pracy w więziennictwie, jak podaje w swoim artykule Adam Dziurok z IPN w Katowicach.


Jadwiga Chmielowska

[http://www.opcja.pop.pl/numer42/42chm.html]


_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 19:44      [zgłoszenie naruszenia]

Miasto dwóch totalitaryzmów
Wtorek, 25 Kwiecień 2006

Dziennik Zachodni: Jutro w sali Centrum Szkolenia Kadr przy ul. Sportowej rozpocznie się konferencja poświęcona jaworznickiemu obozowi. To już druga tego typu konferencja. Pierwszą zorganizowano w październiku 2001 roku. Przez wiele lat osoby zamieszkujące bloki w rejonie dzisiejszej szkoły w Osiedlu Stałym nie zdawały sobie sprawy, że budynki te były częścią obozu. Zbudowano je tak, by w razie konieczności mogły stanowić swoistego rodzaju fortecę, w której łatwo się bronić. Wielu byłych więźniów po odzyskaniu wolności osiedliło się w Jaworznie, założyło rodziny i próbowało na nowo ułożyć sobie życie. Dziś zrzeszeni są w Związku Młodocianych Więźniów Politycznych "Jaworzniacy".

- Problematyka obozu jest bardzo złożona i trudna. Przez długi czas dzięki propagandzie panowało przekonanie, że więźniowie są przestępcami, kolaborantami i wrogami narodu polskiego - mówi Przemysław Dudzik, dyrektor Muzeum Miasta Jaworzna.


Środa w całości poświęcona zostanie prezentacji najświeższych badań naukowych. Odczyty wygłoszą m.in. ks. dr Lucjan Bielas, dr hab. Zygmunt Woźniczka, dr Kazimierz Miroszewski i dr Krzysztof Szwagrzyk. Doktor Krzysztof Szwagrzyk z Instytutu Pamięci Narodowej zaprezentuje unikatowe, dotychczas nigdzie nie były opublikowane zdjęcia. W drugim dniu spotkania wspomnieniami z tamtych czasów podzielą się świadkowie represji i więźniowie COP-u.



***

Co to za obóz?
Jaworznicki obóz był filią KL Auschwitz-Birkenau. Powstał w 1943 roku w rejonie kopalni "Jan Kanty". Osadzano w nim więźniów zatrudnionych w miejscowych zakładach pracy. Ogółem na terenie kopalń jaworznickich pod koniec 1944 r. było ok. 2 000 więźniów. Inni, prawie l500 osób, pracowało przy budowie elektrowni i na innych stanowiskach roboczych. Około 80 procent więźniów podobozu stanowili Żydzi. Po wojnie Sowieci założyli tam tzw. Centralny Obóz Pracy (COP). W 1945 roku osadzono w nim niemieckich jeńców wojennych, volksdojczy i inne osoby uznane za zdrajców narodu polskiego. Nieco później znaleźli się w nim Ukraińcy wysiedleni w ramach akcji "Wisła". Centralny Obóz Pracy w Jaworznie był największym w Polsce, przez który przeszło 23 609 więźniów. Był to zarówno obóz pracy, obóz karny, jak i obóz jeniecki. W latach 1945 - 50 w COP w Jaworznie zmarło z różnych przyczyn aż 6 987 ludzi. Od 1951 roku na terenie dawnego obozu osadzano młodocianych więźniów politycznych, którzy zostali uznani za wrogów nowego systemu politycznego. Więzienie zostało zlikwidowane w 1956 roku. Komendantem obozu był znany z okrucieństwa Salomon Morel.


W 1998 roku prezydenci Ukrainy i Polski - Leonid Kuczma i Aleksander Kwaśniewski - odsłonili pamiątkowy obelisk w miejscu pochówku więźniów byłego obozu.

[http://www.jaworzno.info/index.php?option=com_content&task=view&id=296&Itemid=0]

_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
Barakus
 Wysłana - 28 styczeń 2007 19:56      [zgłoszenie naruszenia]

Odpowiedź Państwa Izrael na wniosek o ekstradycję Salomona Morela oraz opracowanie autorstwa dr Adama Dziuroka i prokuratora Andrzeja Majchera dotyczące Salomona Morela oraz historii i funkcjonowania obozu Świętochłowice-Zgoda.

Odpowiedź Państwa Izrael na wniosek o ekstradycję Salomona Morela
Przekład dokonany przez tłumacza przysięgłego języka angielskiego.
- Dokument1
[www1.ipn.gov.pl/download.php?s=1&id=1984]

- Dokument2
[www1.ipn.gov.pl/download.php?s=1&id=1985]

- Dokument3
[www1.ipn.gov.pl/download.php?s=1&id=1986]

*
* *

Poniższe opracowanie dostępne jest także w języku angielskim i niemieckim

Adam Dziurok, OBEP IPN Katowice, UKSW Warszawa
Andrzej Majcher, prokurator OKŚZpNP IPN Katowice

Salomon Morel i obóz w Świętochłowicach-Zgodzie

Salomon[1] Morel urodził się 15 listopada 1919 r. w Garbowie (powiat Puławy). Do 1934 r. mieszkał w rodzinnej miejscowości, gdzie jego ojciec posiadał piekarnię. Potem, aż do 1939 r., pracował w Łodzi w firmie konfekcyjnej. Po wybuchu wojny wrócił do Garbowa. Swoją przygodę z komunizmem Morel rozpoczął w listopadzie 1942 r., kiedy to wstąpił wraz ze swoim bratem do partyzantki. W życiorysie napisanym w 1947 r. wspomina, że na polecenie komórki PPR ich oddział rozbijał mleczarnie i palił urzędy gminne[2]. W oddziałach partyzanckich Armii Ludowej walczył pod kierunkiem kpt. Chila, który stwierdził, że Morel brał udział we wszystkich "akcjach i bojach" jego oddziału i "wywiązał się z powierzonych zadań bardzo dobrze"[3]. Salomon i jego brat Icek, dzięki temu, że przebywali w tym czasie w lesie, uniknęli losu innych członków rodziny - w grudniu 1942 r. policja granatowa zatrzymałaała, a następnie zastrzeliła ich matkę, ojca oraz brata. Morel z bratem przez jakiś czas ukrywali się u sąsiada - Józefa Tkaczyka[4].

Po zajęciu Lubelszczyzny przez Armię Czerwoną w lecie 1944 r. Morel zamieszkał wraz z grupą żydowskich partyzantów w kwaterach przy ulicy Ogrodowej w Lublinie. Wkrótce (prawdopodobnie od 1 sierpnia) wszyscy znaleźli pracę w milicji lub UB. Morel trafił do pracy jako strażnik do osławionego więzienia na zamku w Lublinie, w którym katowano m.in. członków AK. Formalnie został mianowany strażnikiem dopiero 9 listopada 1944 r. Szansa na szybką karierę wydawała się pogrzebana po raporcie (z 30 listopada 1944 r.) ppor. Antoniego Stolarza - naczelnika więzienia śledczego w Lublinie. Wnosił o zwolnienie, "jako elementu szkodliwego w administracji więziennej", sześciu funkcjonariuszy "Straży Więziennej [w tym Morela], gdyż nie wykonują oni sumiennie nałożonych na nich obowiązków, nie starają się podporządkować do regulaminu więziennego, zachowują się arogancko przyczem rozsiewają plotki co do mojej osoby, przez co utrudniają mi pracę i podrywają mój autorytet". W Wydziale Więziennictwa i Obozów szybko podjęto decyzję. Nie była to, wbrew przypuszczeniom, decyzja o zwolnieniu ze służby. Niesubordynowani strażnicy zasilili kadrę innych więzień - sierżant Salomon Morel został skierowany do więzienia w Tarnobrzegu. Jak donosił 18 grudnia 1944 r. Naczelnik Więzienia w Tarnobrzegu Walenty Warchoł, Morel zgłosił się do pełnienia służby w tamtejszym więzieniu[5]. Niecałe 2 miesiące później, 15 lutego 1945 r., Morel wyjechał z grupą operacyjną MBP na Górny Śląsk. Niemal natychmiast powierzono mu kierownictwo nad obozem w Świętochłowicach. Morel, mimo ciążącej na nim opinii "elementu szkodliwego w więziennictwie", objął tak odpowiedzialną funkcję (miał wówczas 26 lat), choć jak sam przyznał nie był do tego przygotowany - nie był przeszkolony "ani na szkołach, ani na kursach" [6].

"Eintrachthütte"

Leżące w przemysłowej części Górnego Śląska Świętochłowice należały przed wojną do Polski. Znajdujące się tam zakłady "Zgoda" zajmowały się produkcją maszyn dla przemysłu górniczego i hutniczego. Po wkroczeniu wojsk niemieckich do Świętochłowic rozpoczęto przystosowywanie zakładu do produkcji dział przeciwlotniczych i w ten sposób huta "Zgoda" (Eintrachthütte) stała się zakładem zbrojeniowym. W celu zapewnienia sił roboczych w 1942 r. założono przy zakładach obóz pracy przymusowej i umieszczono w nim 180 Żydów. Nie zaspokoiło to w pełni potrzeb, stąd w maju 1943 r. podjęto decyzję o zatrudnieniu w Eintrachthütte więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz. Przeciętna śmiertelność w obozie wynosiła kilkunastu więźniów tygodniowo. Ewakuacja więźniów przebiegała w dwóch etapach: w grudniu 1944 r. oraz 23 stycznia 1945 r. Przed ostateczną ewakuacją w obozie przebywało jeszcze ponad 1200 więźniów[7].

Początki obozu "Zgoda"

Po wywiezieniu więźniów były podobóz KL Auschwitz opustoszał zaledwie na kilka tygodni. Dobrze zachowana infrastruktura obozu (ogrodzony teren, wieże strażnicze, baraki dla więźniów, budynek dla personelu), a także jego dogodna lokalizacja zostały szybko wykorzystane przez władze komunistyczne. Obóz położony na terenie gęsto zaludnionego okręgu przemysłowego, zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum Katowic, stwarzał możliwość łatwego transportu więźniów. Zatrzymanych w Katowicach i okolicach prowadzono do obozu w "Zgodzie" w pieszych kolumnach. Niektórzy byli tam dowożeni tramwajami, a ci z dalszych zakątków Śląska, np. z Bielska czy Nysy, koleją. Umieszczeni w obozie więźniowie mogli być wykorzystywani do pracy w licznych w okolicy zakładach przemysłowych. Nie bez znaczenia był z pewnością fakt, że Świętochłowice były siedzibą Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach. Siedziba UB mieściła się niedaleko Hali Targowej, do której w końcu lutego 1945 r. skierowano kilkuset zatrzymanych przed umieszczeniem w obozie "Zgoda". Już w Hali Targowej więźniowie byli katowani przez funkcjonariuszy UB. Przed przetransportowaniem więźniów do obozu przeprowadzono tam prace porządkowe oraz dezynfekcję. Część zatrzymanych oczekiwała na zakończenie prac w pobliskim podobozie przy kopalni "Polska"[8].

Prawdopodobnie w początkowym okresie funkcjonowania obozem kierowały dwie osoby: Aleksy Krut oraz Salomon Morel. Aleksy Krut, 20-letni funkcjonariusz UB, który w lutym 1945 r. przybył z grupą operacyjną na Górny Śląsk, w swoim życiorysie z 1947 r. napisał, że od marca do maja 1945 r. był naczelnikiem Obozu Pracy w Świętochłowicach[9]. Również Salomon Morel, który z dniem 15 marca 1945 r. został naczelnikiem Obozu Pracy w Świętochłowicach twierdzi, że nadzór nad obozem miał z początku sprawować razem z Aleksym Krutem. Z pewnością od połowy czerwca 1945 r. obozem kierował już samodzielnie Salomon Morel[10].

Osadzeni w obozie

Podstawą osadzenia w obozie było kilka aktów prawnych, a jak wynika z zapisów w repertoriach Prokuratury Specjalnego Sądu Karnego w Katowicach, zdecydowana większość osadzonych w świętochłowickim obozie trafiła tam na mocy dekretu PKWN z 4 listopada 1944 r. "o środkach zabezpieczających w stosunku do zdrajców Narodu"[11]. Przepisy tego dekretu formalnie nie obejmowały terenów Górnego Śląska, gdyż dotyczyły volksdeutschów z Generalnego Gubernatorstwa. Choć znalazł się tam zapis, że można rozciągnąć moc obowiązującą niniejszego dekretu "na inne tereny Państwa Polskiego", to jednak nigdy to nie nastąpiło. Zastosowanie tego dekretu na Górnym Śląsku oznaczało, że mieszkańców tych terenów wpisanych na volklsistę potraktowano tak samo, jak volksdeutschów z Generalnego Gubernatorstwa. Pozostałych więźniów osadzono w obozie na podstawie dekretu "sierpniowego" z 31 sierpnia 1944 r. o "zbrodniarzach faszystowsko-hitlerowskich i zdrajcach Narodu Polskiego" oraz ustawy z 6 maja 1945 r. o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów. Ustawa ta przewidywała, że osoby wpisane do II grupy DVL traktowane jak Niemcy i zdrajcy muszą złożyć wniosek o rehabilitację. Do czasu przywrócenia praw obywatelskich ich majątek podlegał opisowi i zajęciu, a oni sami mieli zostać umieszczeni w miejscach odosobnienia (obozach). Dekret sierpniowy dotyczył głównie zbrodniarzy wojennych, kolaborantów, oraz członków ruchu nazistowskiego.

Do obozów pracy kierowano także wielu Górnoślązaków z niemieckim obywatelstwem, którzy mieszkali przed wojną w Rzeszy. Już 9 lutego 1945 r. wojewoda śląski zarządził, że wszyscy Niemcy oraz volksdeutsche z grupy I i II mają się zarejestrować celem podjęcia pracy[12]. Władze bezpieczeństwa przeprowadzały akcje zatrzymań Niemców pod różnymi pretekstami i kierowały ich do prac przymusowych.

Zagadnienia związane z volkslistą i internowaniem osób narodowości niemieckiej nie wyjaśniają jednak wszystkiego. Przy kierowaniu do obozu stosowano bowiem dosyć niejasne kryteria i jednym z powodów były z pewnością względy materialne, czyli chęć zagarnięcia majątku osoby osadzonej w obozie. Wiele osób zamknięto w obozie jedynie dlatego, że nie posiadały przy sobie dokumentów tożsamości[13]. Starano się jednak przekonać mieszkańców Śląska, że do obozu trafiają wyłącznie Niemcy oraz znienawidzeni aktywiści ruchu nazistowskiego. Gdy na początku marca 1945 r. osoby zatrzymane na terenie Katowic uformowano w kolumny i popędzono w kierunku Świętochłowic, na czele każdej kolumny postawiono człowieka z flagą nazistowską[14].

Analizując wykazy zmarłych więźniów świętochłowickiego obozu można dojść do wniosku, że większość osadzonych stanowili posiadacze II grupy volkslisty (głównie mieszkańcy Katowic, Bielska, Chorzowa i Świętochłowic). Mniej liczną grupę stanowili obywatele III Rzeszy (Reichsdeutsche) - głównie z Bytomia i Gliwic. Wśród zmarłych w obozie było co najmniej 139 posiadaczy III grupy DVL, więc więziono tam znacznie liczniejszą grupę takich osób. Kilkadziesiąt osób (39) zmarłych w obozie nie posiadało w ogóle volkslisty. Zdecydowaną większość osadzonych stanowili mieszkańcy Śląska Górnego i Opolskiego. Poza nimi w obozie znaleźli się także mieszkańcy np. Lwowa, Drohobycza, Tomaszowa, Poznania, Nowego Sącza, nieliczna grupa osób z Zagłębia Dąbrowskiego (zmarło w sumie 10 z nich), Niemcy z głębi Rzeszy, oraz co najmniej 38 obywateli innych państw (19 obywateli austriackich, jeden Belg, siedmiu obywateli rumuńskich, siedmiu czeskich, dwóch jugosłowiańskich oraz dwóch francuskich). Ustalono to na podstawie wykazów obywateli różnych narodowości przebywających w obozach i więzieniach[15]. Wykaz ten jest jednak niepełny. Nie obejmuje między innymi Wandy Lagler - obywatelki Stanów Zjednoczonych, Litwina Franciszka Godesa oraz Szwajcarki, o której wspomina w swoich zeznaniach Dorota Boreczek[16]. W wykazie nie znalazł się również najbardziej znany cudzoziemiec w świętochłowickim obozie - Holender Eric van Calsteren. Podczas przesłuchania w komendzie milicji w Gliwicach próbował wyjaśnić, że urodził się w Hadze i jest obywatelem holenderskim. Usłyszał wówczas: "Masz niebieskie oczy i jasne włosy, jesteś stuprocentowym Niemcem, bo Holendrzy mają wszyscy czarne włosy i mówią po francusku". Wkrótce został przewieziony do obozu "Zgoda" w Świętochłowicach[17]. W sumie więc więźniami "Zgody" były osoby 13 narodowości (wliczając w to jeszcze Ukraińców odnotowanych w innych wykazach więźniów). Wśród obywateli austriackich w Obozie Pracy w Świętochłowicach przeważali jeńcy wojenni, ale więziono tam również Austriaczkę, która przyjechała do swojego męża pracującego w Polsce. Kilku innych obcokrajowców (mieszkaniec Wiednia, Czech oraz jeden z obywateli jugosłowiańskich) trafili do obozu za brak dowodów osobistych. Część cudzoziemców zatrzymały wojska radzieckie i przekazały polskim organom ścigania, bądź bezpośrednio do obozu "Zgoda".

Inne zachowane dokumenty Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zawierają wykazy zaludnienia obozu z podziałem więźniów na następujące kategorie: Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Niemcy, volksdeutsche, współpraca z Niemcami oraz inni. Do Polaków zaliczano przede wszystkim członków organizacji niepodległościowych: Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. W statystykach odnotowano, że w świętochłowickim obozie przebywało zaledwie kilka takich osób. W obozie więziono kilku Ukraińców, a liczną grupę stanowili Niemcy (najwięcej w sierpniu 1945 r. kiedy było ich w obozie 1733 - co stanowiło 1/3 wszystkich więźniów). Za Niemców uważano również wszystkich Górnoślązaków zamieszkałych na terenie Rzeszy. W początkowym okresie funkcjonowania obozu trafiali tam również jeńcy wojenni (w kwietniu było ich 25) oraz osoby pozostające do dyspozycji władz sowieckich[18].Więźniami "Zgody" były w zdecydowanej większości osoby po 40. roku życia. Dużą grupę, liczącą kilkuset więźniów, stanowiły osoby liczące powyżej 60. roku życia[19]. W obozie przebywały również dzieci; oficjalne statystyki obozowe podają, że w "Zgodzie" trzymano kilkoro dzieci w wieku do lat 13[20]. Dzieci doprowadzane były do obozu z matkami, które nie chciały zastawiać ich bez opieki. Władze obozowe godziły się na przebywanie dzieci w obozie, choć musiały sobie zdawać sprawę, w jakich warunkach będą przebywać i co im grozi. W obozie zmarł np. syn mieszkanki Świętochłowic, który prawdopodobnie urodził się w obozie (w chwili śmierci - 9 września 1945 r. miał 4 tygodnie)[21]. W czerwcu 1945 r. w obozie było aż 716 kobiet (co stanowiło blisko 17% wszystkich osadzonych). W lipcu grupę kobiet przetransportowano do Libiąża - filii COP Jaworzno. We wrześniu liczba kobiet w obozie zmniejszyła się do ponad 300[22]. Kobiety mieszkały w osobnym baraku i również były wykorzystywane do pracy poza terenem obozu.

Władze obozowe oceniały, że obóz jest w stanie pomieścić 1400-1500 osób. Już w końcu marca 1945 r. w świętochłowickim obozie, przebywało 1062 więźniów. Obóz bardzo szybko się zaludniał. Morel stwierdził, że początkowo przyjmowano dziennie nawet po 300-500 więźniów[23]. W maju statystyki obozowe informowały już o ponad 2 tys. więźniów. Obóz był niemal od samego początku funkcjonowania przepełniony. W lipcu 1945 r.(co przyznał sam Morel) w obozie przebywało 1-1,2 tys. więźniów więcej, niż przewidywała jego pojemność[24]. Jak pokazuje poniższe zestawienie najwięcej osób figurowało w ewidencji obozowej właśnie w miesiącach letnich 1945 r. Później, w związku z tyfusem liczba więźniów znacząco spadła.

Tabela 1 Liczba więźniów Obozu Pracy w Świętochłowicach

Kategoria więźniów
Stan na dzień Volksdeutsche Niemcy Inni Razem
31 III 1945 - - 1062 1062
1 V 1945 1879 328 6 2213
1 VI 1945 3015 695 49 3759
1 VII 1945 3584 1346 68 4996
1 VIII 1945 3249 1733 66 5048
1 IX 1945 2652 1211 66 3929

Źródło: AAN, MBP, sygn. 13/1, k. 3, 22, 178, 261, 360, sygn. 13/3, k. 30; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku..., Raporty statystyczne o zaludnieniu obozu, s. 37-39, 41-44, 46-47, 51-52.

Choć oficjalnie świętochłowicki obóz nosił nazwę obozu pracy, to spełniał również funkcję obozu karnego. Więźniowie baraku 7 nie pracowali ani na terenie obozu, ani też poza nim, dla nich był to więc obóz karny, choć oczywiście nikt z nich nie był skazany wyrokiem sądowym. Z obozu wiele osób wysłano do pracy w pobliskich kopalniach i hutach, gdzie funkcjonowały obozy. Więźniowie pracowali również w znajdującej się naprzeciw obozu Hucie Zgoda, gdzie demontowali maszyny i ładowali je na wagony[25]. Część uwięzionych kobiet zatrudniono jako sprzątaczki w kopalni Polska[26]. Zdarzały się przypadki zabierania do robót nadzorowanych przez wojska radzieckie w rejon Nowego Bytomia oraz wyprowadzania więźniów do prac przy załadunku wagonów na stacji Katowice-Ligota[27]. Na terenie obozu istniało kilka warsztatów (m.in. stolarski, szewski, krawiecki i ślusarski), w których również pracowali więźniowie[28]. Do zakładów położonych w sąsiedztwie obozu więźniów prowadzono w pieszych kolumnach i po zakończeniu pracy wracali oni do obozu. Zatrudnieni w bardziej odległych hutach i kopalniach przebywali w tamtejszych podobozach. Warunki bytowe w obozach przykopalnianych były nieco lepsze niż te w obozie "Zgoda". Należy także dodać, że co najmniej kilku więźniów (w momencie likwidacji obozu - czterech) było "wypożyczonych" do pracy w Wojewódzkiej Komendzie Milicji Obywatelskiej w Katowicach[29]. Więźniowie nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia za wykonywaną pracę. W momencie likwidacji obozu w Dziale Pracy zgromadzono ponad 118 tys. złotych[30].

Epidemie i śmiertelność

Od początku w obozie panował głód, niektórym grupom więźniów po kilka dni nie dawano niczego do jedzenia, a normalnie dzienne racje żywnościowe składały się z kromki chleba i wodnistej zupy. Opisy więźniów różnią się tym, z czego ta zupa była robiona - z pokrzyw, z kłaków, czasem drobiny kapusty, kukurydzy lub marchewki - jednak wszyscy zgodni są co do tego, że była to w zasadzie ciepła woda bez żadnego tłuszczu. Wszyscy świadkowie mówią o panującym w obozie głodzie, niektórzy wspominają
o jedzeniu trawy czy znajdowanych resztek. Więźniowie nie mieli naczyń ani sztućców - posługiwali się jedynie starymi, zardzewiałymi puszkami po konserwach, przy czym z jednej puszki korzystać musiało wielu więźniów. Więźniowie nie otrzymywali żadnych środków czystości, w łaźni była wyłącznie zimna woda[31].

Tragiczne warunki sanitarno-higieniczne i niskie racje żywnościowe doprowadziły do powszechnego rozszerzenia się na terenie obozu epidemii czerwonki i tyfusu (plamistego oraz brzusznego). Dostrzegający niebezpieczeństwo lekarze zaszczepili przeciwko tyfusowi personel obozu[32]. Nie zatroszczono się jednak o więźniów - nie przeprowadzono odwszawienia, nie izolowano chorych. Franz Brachmann wspomina, że administracja obozu obojętnie przyglądała się umieraniu więźniów i dopiero gdy już prawie wszyscy w baraku 7 (gdzie umieszczano głównie członków organizacji nazistowskich) byli chorzy, podano im węgiel[33]. Z obawy przed zarażeniem w baraku nie pokazywali się strażnicy. Epidemia rozprzestrzeniła się na cały obóz i spowodowała tak wielkie spustoszenie, że wkrótce baraki nr 4, 6 i 7 zostały całkowicie opróżnione[34]. Błyskawicznemu rozwojowi epidemii sprzyjała straszna ciasnota panująca w barakach oraz osłabienie więźniów. Doszło do masowych zgonów. Z aktów zgonu więźniów wynika, że zaraza zaczęła zbierać obfite żniwo od 26 lipca 1945 r. Wówczas po raz pierwszy liczba ofiar w ciągu jednego dnia przekroczyła 15. Przez następne 7 tygodni, do 8 września, codziennie odnotowywano od 8 do 34 zgonów więźniów. W samym sierpniu zmarło 632 więźniów obozu w Zgodzie. Najwięcej ofiar przyniosły ostatnie dni lipca i pierwsze dni sierpnia: 28 lipca - 27 zgonów, 29 lipca - 24, 30 lipca - 28, 31 lipca - 34, 1 sierpnia - 35, 2 sierpnia - 38, 3 sierpnia - 38 i 4 sierpnia - 35. W sumie w ciągu tych ośmiu najtragiczniejszych dni odnotowano 259 przypadków śmierci więźniów[35]. W połowie lipca rozpoczęła się epidemia tyfusu, która spowodowała stopniowe wyludnianie się obozu. Najwięcej ofiar przyniosły ostatnie dni lipca i pierwsze dni sierpnia; w sumie w ciągu ośmiu najtragiczniejszych dni odnotowano 259 przypadków śmierci więźniów[36]. Morel nie poinformował przełożonych o epidemii. Dyrektor Departamentu Więziennictwa i Obozów MBP na odprawie (w dniach 10-13 sierpnia 1945 r.) wyraził pretensję, że dowiaduje się o tym, że "w Świętochłowicach jest 716 chorych, kiedy już nawet gazety o tym piszą"[37]. Morel poinformował jednak o sytuacji prokuraturę. 9 sierpnia 1945 r. Mieczysław Dobromęski, Prokurator Specjalnego Sądu Karnego w Katowicach, zawiadomił wojewodę, że w związku z raportem naczelnika świętochłowickiego obozu o wybuchu epidemii duru osutkowego, zarządził, by do "Zgody" nie przyjmowano nowych więźniów[38]. Nie zapobiegło to rozprzestrzenianiu się tyfusu. Jesienią 1945 r. chorych było 1419 więźniów[39]. Należy dodać, że personel obozu nie zgłaszał wszystkich wypadków zgonu więźniów. W Urzędzie Parafialnym Ewangelicko-Augsburskim w rejestrze zmarłych odnotowano ponoć 39 mogił zbiorowych, gdzie pochowano 357 osób. Zapis ten jednak opatrzony jest uwagą: "Cywilnych internowanych pochowanych jest więcej"[40]. Oficjalna liczba zmarłych wynosi 1855, gdyż tyle "aktów po więźniach zmarłych, wraz ze świadectwami zgonów" przekazał Morel do Jaworzna po likwidacji Obozu Pracy w Świętochłowicach[41]. Zgony 1581 zmarłych więźniów zostały zarejestrowane w Urzędzie Stanu Cywilnego w Świętochłowicach na podstawie pisemnych zgłoszeń kierownictwa obozu - większość z nich Salomon Morel podpisywał osobiście[42]. Niewyjaśniona do końca pozostaje kwestia wcześniej zmarłych w Hali Targowej, w szpitalu w Świętochłowicach oraz pochowanych bez powiadomienia o zgonie.

Odpowiedzialnością za tak straszliwy plon epidemii obarczono naczelnika obozu, który nie zapewnił więźniom elementarnych warunków sanitarnych. Ppłk Teodor Duda, dyrektor Departamentu Więziennictwa i Obozów, za dopuszczenie do rozwinięcia się epidemii tyfusu i niepoinformowanie o tym na czas zwierzchników oraz inne uchybienia w prowadzeniu obozu ukarał Morela 3-dniowym aresztem domowym oraz potrąceniem 50% z pensji[43]. Morel uznał, że to nie on ponosi odpowiedzialność za rozwój epidemii tyfusu. Tłumaczył, że w obozie przebywało 1000-1200 więźniów więcej niż przewidywała jego pojemność. Jego zdaniem, przed samym wybuchem epidemii spośród 2,5 tys. więźniów lekarz nie mógł wybrać nawet 50 zdolnych do pracy; resztę stanowili starcy i kalecy, co tłumaczyć miało tak obfite żniwo tyfusu[44]. Wyjaśnienia te nie zgadzają się jednak z danymi dotyczącymi osób starszych przebywających w obozie, który Morel wysłał do MBP. Według tych danych, 1 lipca w obozie przebywało jedynie 397 osób powyżej 60. roku życia, na ogólną liczbę 4996 więźniów[45]. Istotne znaczenie dla oceny działań Salomona Morela, który w swoich pismach wysyłanych już z Izraela tłumaczył się między innymi tym, że nie miał możliwości skutecznego przeciwdziałania rozwojowi epidemii w obozie, mają zeznania Józefa C., jednego z przesłuchanych strażników, którzy pracowali w obozie w Świętochłowicach Zgodzie. Opisuje on zdarzenie, gdy pod nieobecność Salomona Morela zastępujący go funkcjonariusz kazał zawieźć grupę około 10 chorych więźniów do szpitala w Świętochłowicach. Byli to chorzy na tyfus i działo się to jeszcze przed wybuchem epidemii. Gdy po opuszczeniu obozu przez dwie furmanki z chorymi (eskortował ich m.in. Józef C.), nadjechał samochodem naczelnik Salomon Morel, zatrzymał ich i kazał zawrócić z powrotem do obozu[46]. O intencjach jakie kierowały działaniami Salomona Morela świadczą przytaczane przez różnych świadków jego wypowiedzi kierowane do osadzonych, głównie przy przyjmowaniu nowych grup więźniów. Świadkowie cytują groźby: "będziecie tu zdychali", "Oświęcim był niczym (...)", "to czego Niemcy nie dokonali w ciągu 5 lat, ja dokonam w ciągu 5 miesięcy" i tym podobne. W podobny sposób zapowiadali swoje zamiary także strażnicy mówiąc, że na pryczach, na których więźniowie spali po trzech na jednej, "jeszcze będzie luźno"[47].

Naczelnik Morel nie przestrzegał zarządzeń MBP dotyczących warunków sanitarnych. W listopadzie 1945 r. zastępca Dyrektora Departamentu Więziennictwa i Obozów Stanisław Pizło w okólniku nr 107 zwracał uwagę, że w niektórych obozach i więzieniach osadzeni nie są odwszeni, brak cel przejściowych, brak cel do izolowania chorych w razie stwierdzenia zachorowania na choroby zakaźne, a przypadki takie celowo są tajone itp. Dodał przy tym, że za powyższe nadużycia zostali już ukarani niektórzy naczelnicy więzień i obozów[48]. Można to z pewnością odnieść do sytuacji w obozie "Zgoda", gdzie wszystkie te uchybienia miały miejsce.

Więźniowie dopiero po opanowaniu epidemii tyfusu, gdy warunki bytowe uległy poprawie, mogli wysłać do rodzin informacje o tym, gdzie przebywają. Sam naczelnik obozu nie informował o losach więźniów przebywających w obozie nawet prokuratora[49]. Zgodnie z przepisami więźniowie powinni trafiać do obozu na mocy zarządzenia o odosobnieniu, a po zarządzeniu o ich aresztowaniu mieli zostać przekazani do więzienia. Procedury tej również nie przestrzegano w świętochłowickim obozie. Jeden z prokuratorów przypomniał bowiem naczelnikowi Morelowi o konieczności skierowania do więzienia osoby z nakazem aresztowania[50].

Więźniowie wspominali o konfiskowaniu przez strażników paczek żywnościowych dostarczanych przez rodziny. Zdarzały się takie sytuacje, że rodziny zmarłych więźniów przynosiły do obozu paczki, nie wiedząc, że ich bliscy już nie żyją. Strażnicy przyjmowali paczki, nie informując o śmierci adresatów[51]. Nie wydawano więźniom np. racji cukru, a w dokumentach zapisywano, że został im przekazany. Nie ewidencjonowano zabranych więźniom rzeczy, przez co stawały się one łupem personelu obozu. Za te nadużycia ze stanowiska kierownika działu gospodarczego świętochłowickiego obozu zwolniony został Karol Zaks[52].

Znęcanie się nad więźniami

Śmiertelność w obozie związana była nie tylko z epidemią tyfusu, niedożywieniem więźniów i tragicznymi warunkami sanitarnymi. Więźniowie ginęli również na skutek umyślnego maltretowania przez personel obozowy.

Od początku wobec więźniów stosowano różnorodne metody znęcania się (zebrano na ten temat obszerny materiał dowodowy podczas prowadzonego śledztwa). Grupy doprowadzane do obozu zmuszano do wielogodzinnego stania na placu obozowym bez jedzenia i picia, niejednokrotnie w trudnych warunkach pogodowych, przy czym więźniowie spędzali tak co najmniej po kilkanaście godzin, a niektórzy nawet po trzy doby.

Bicie więźniów było na porządku dziennym, przy czym zwłaszcza w baraku numer 7, nazywanym "Deutsche Hause" lub "brunatnym barakiem", gdyż umieszczano głównie mężczyzn oskarżanych o przynależność do nazistowskich organizacji NSDAP i HJ (Hitlerjugend), rytuał zorganizowanego znęcania się nad więźniami odbywał się niemal każdej nocy.

Salomon Morel wielokrotnie osobiście bił więźniów zarówno rękami, jak i trzymanymi w rękach sprzętami: kolbą pistoletu, pałką czy taboretem. W jego obecności wielokrotnie więźniów bili też inni funkcjonariusze obozowi.

Jedną z metod znęcania się szczególnie uciążliwego dla więźniów było zmuszanie ich do ustawienie się parami naprzeciwko siebie i wzajemnego bicia się. Jeżeli ktoś nie chciał bić współwięźnia lub robił to zbyt słabo był katowany przez personel obozowy. Więźniowie ulegali i bili się wzajemnie. W kilku udokumentowanych wypadkach do wzajemnego bicia się zmuszano syna z ojcem. Do bicia więźniów zobowiązani byli też więźniowie funkcyjni, tak zwani "kapo". Niektórzy z salowych i blokowych nie chcieli tego robić i za zbyt słabe bicie współwięźniów sami byli maltretowani, ale niektórzy stali się równie okrutni jak załoga obozu.

Więźniów poniżano i zastraszano, na przykład zmuszano do śpiewania pieśni nazistowskich - co osobiście zlecał Salomon Morel. Świadek Gerhard Gruschka, żeby uniknąć dodatkowego bicia, w polskim obozie musiał nauczyć się słów nazistowskiej pieśni.

Szczególnie drastyczne tortury polegały na zmuszaniu więźniów do leżenia warstwami na sobie i tworzenia tak zwanej piramidy składającej się z kilkunastu mężczyzn - według różnych opisów warstwę tworzyło trzech lub czterech mężczyzn leżących obok siebie, a mężczyźni z kolejnej warstwy leżeli prostopadle do tych pod nimi. W ten sposób powstawała piramida o wysokości dorosłego mężczyzny, wszyscy byli cały czas bici, a więźniowie znajdujący się w dolnych warstwach doznawali rozległych obrażeń wewnętrznych i w konsekwencji wielu z nich zmarło.

Więźniów zmuszano też do leżenia na ziemi, a następnie chodzono po nich, co powodowało powstawanie rozległych obrażeń i w niektórych przypadkach w konsekwencji śmierć.

Ponadto umieszczano więźniów na wiele godzin w tak zwanym karcerze, gdzie musieli stać w wodzie sięgającej do piersi, co w niektórych przypadkach prowadziło do śmierci więźnia przez utopienie - niektórzy ze świadków wskazują wprost na Salomona Morela jako wydającego takie polecenia[53].

Niektórzy więźniowie próbowali ucieczki z obozu - dokumenty mówią o tym, że udało się to 69 osobom[54]. Osadzony w brunatnym baraku Holender Eric van Calsteren wpadł na pomysł, by ukryć się w nocy w ubikacji i rankiem wraz z osobami z innych baraków pójść do pracy poza teren obozu. Po dotarciu do Huty Zgoda w ogólnym zamieszaniu udało mu się zbiec[55]. Nie udała się ucieczka grupie więźniów, którzy próbowali wykopać tunel przed barakiem kuchni. Więźniowie mieli w kieszeniach spodni wynosić wykopaną ziemię, ale na skutek zdrady plan ucieczki nie powiódł się[56]. O próbach ucieczek świadczą również zachowane akty zgonu dwóch więźniów z adnotacją, że zostali zastrzeleni podczas ucieczki[57].

Skrajnie trudne warunki obozowe, głód i tortury powodowały załamanie psychiczne osadzonych w "Zgodzie". Więźniowie wielokrotnie wspominali o przypadkach rzucania się uwięzionych na druty pod napięciem (Morel w listopadzie 1992 r. napisał: "nie było ani jednego wypadku, ażeby ktoś z więźniów rzucał się na druty. Nie było absolutnie powodu, ponieważ przebywający tam ludzie czuli się dobrze, nie było chorób, a baraki były otwarte i mogli po placu spacerować"[58]). Co najmniej dwie osoby popełniły samobójstwo przez powieszenie (mieszkaniec Świerklan z III grupą volsklisty oraz ojciec trójki dzieci z Rydułtów)[59].

Likwidacja obozu

Zwalnianie więźniów świętochłowickiego obozu należy wiązać z rozkazem ministra Stanisława Radkiewicza z 15 września 1945 r., dotyczącym uregulowania spraw osób znajdujących się w miejscach zamknięcia bez sankcji prokuratora. Jak wiadomo, niemal wszyscy więźniowie "Zgody" trafili tam bez sankcji prokuratorskich[60]. Tragiczną wymowę ma zestawienie dokumentów więźniów zmarłych i zwolnionych z obozu sporządzone w momencie likwidacji obozu. Wynika z nich, że zwolniono z obozu (istniały na to dokumenty - nakazy zwolnienia) 1341 osób, zmarło zaś 1855[61]. Na przełomie października i listopada 1945 r. do świętochłowickiego obozu przyjechała trzyosobowa komisja, której przewodniczył prokurator Jerzy Rybakiewicz. Po dokonaniu przeglądu akt więźniów oraz przeprowadzeniu z nimi rozmów prawie wszyscy więźniowie zostali zwolnieni. Wyjątek stanowić miały te osoby, co do których istniały podejrzenia lub dowody o ich współpracy z okupantem. Jak pokazuje przypadek kilkunastoletniego wówczas Gerharda Gruschki, wystarczyło pokazanie swojego przywiązania do niemieckości, by nie zostać zwolnionym. Na pytanie, czy wie, że zostanie zwolniony do polskiego miasta Gliwice i czy chce otrzymać polskie obywatelstwo, Gruschka odpowiedział, że pochodzi z Gliwic, "a Gliwice to przecież niemieckie miasto"[62]. Zwolnienie następowało dopiero po podpisaniu zobowiązania, że pod groźbą kary więzienia do lat 15-tu nie będzie się z nikim rozmawiać o tym, co się wydarzyło w obozie. Wszystkich formalności dotyczących likwidacji Obozu Pracy w Świętochłowicach dopełniono 20 listopada 1945 r. Kierownik Wydziału Więziennictwa i Obozów WUBP w Katowicach Henryk Studencki 23 listopada 1945 r. mógł już donieść Dyrektorowi Departamentu, iż zgodnie z poleceniem Obóz Pracy w Świętochłowicach został zlikwidowany i przejęty przez Centralny Obóz Pracy w Jaworznie[63]. Więźniowie, którzy nie zostali zwolnieni przez prokuratora, zostali przetransportowani do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie (301 osób). W szpitalu hutniczym w Świętochłowicach pozostało czterech więźniów[64].

Warto odnotować, że spośród kilku tysięcy więźniów zaledwie garstka została później pociągnięta do odpowiedzialności karnej - odnaleziono dokumenty wskazujące, że kilku byłych więźniów Świętochłowic zostało skazanych za przestępstwa okupacyjne. Jeden z nich, mieszkaniec Bielska z II grupą volkslisty, otrzymał wyrok czterech lat więzienia za przynależność do NSKK oraz znęcanie się nad ludnością polską podczas wojny[65]. Wśród więźniów byli oczywiście również członkowie partii nazistowskiej - np. grupa kilkudziesięciu członków NSDAP z Prudnika i Głubczyc (w tym w stopniu Ortsgruppenleiterów)[66].

Na podstawie zachowanych raportów o zaludnieniu obozu w Świętochłowicach można ustalić, że w ciągu niespełna dziewięciu miesięcy funkcjonowania przyjęto do niego co najmniej 5764 więźniów. Co trzeci osadzony tam więzień nie przeżył pobytu w obozie.

Śledztwo i zarzuty

Śledztwo w sprawie funkcjonującego w 1945 r. obozu w Świętochłowicach Zgodzie zainicjowane zostało pismem Erny Kołodziejczyk z dnia 11 grudnia 1989 r. do Ministra Sprawiedliwości, dotyczącym śmierci jej ojca Pawła Benczek w obozie w Świętochłowicach Zgodzie. Czynności w tej sprawie podjęła ówczesna Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Katowicach przesłuchując szereg świadków, m.in. w tej roli w 1991 roku przesłuchano byłego naczelnika obozu Salomona Morela. W 1995 roku, zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami co do kompetencji poszczególnych organów, sprawę przekazano do dalszego prowadzenia Prokuraturze Wojewódzkiej w Katowicach z wnioskiem o przedstawienie zarzutów Morelowi. Prokuratura Wojewódzka w Katowicach sporządziła postanowienie o przedstawieniu Salomonowi Morelowi 9 zarzutów, a następnie w marcu 1998 roku Ministerstwo Sprawiedliwości RP wystąpiło do władz Izraela z pierwszym wnioskiem o ekstradycję Salomona Morela, która spotkała się z odmową z uwagi na przedawnienie ścigania przestępstw zarzucanych Morelowi według prawa izraelskiego.

Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach przejęła śledztwo do dalszego prowadzenia w dniu 27 lipca 2001 r., przesłuchując kolejnych świadków i docierając - dzięki współpracy z historykami z Biura Edukacji Publicznej IPN w Katowicach do wielu nieznanych wcześniej dokumentów na temat funkcjonowania obozu.

W oparciu o zgromadzone dowody rozszerzono zarzuty wobec Salomona Morela i zmieniono kwalifikację prawną jego czynów, uznając je za zbrodnie przeciwko ludzkości stanowiące zbrodnie komunistyczne. Stanowisko to podzielił w pełni Sąd Rejonowy w Katowicach wydając w dniu 19 grudnia 2003 r. postanowienie o tymczasowym aresztowaniu Salomona Morela w oparciu o zmodyfikowane zarzuty.

Główny zarzut wobec Salomona Morela dotyczy tego, że jako naczelnik obozu w Świętochłowicach Zgodzie stworzył więźniom umieszczonym w tym obozie ze względów narodowościowych i politycznych warunki życia grożące biologicznym wyniszczeniem, a w szczególności:

głodził więźniów wprowadzając rażąco niskie racje żywnościowe;

pozbawił więźniów elementarnej opieki medycznej i warunków higieniczno - sanitarnych, dopuszczając do powstania i rozprzestrzeniania się wszawicy, czerwonki, tyfusu plamistego i tyfusu brzusznego;

stosował osobiście i tolerował stosowanie przez podległych mu funkcjonariuszy wobec więźniów różnego rodzaju tortur, polegających na:

biciu po całym ciele, w tym także po głowie, rękami, kopaniu i biciu różnego rodzaju przedmiotami: kijami, drewnianymi nogami taboretów, gumowymi pałkami i "żyłami", rurkami powleczonymi gumą, metalowymi drążkami i drewnianymi taboretami, co w wielu wypadkach powodowało powstawanie rozległych obrażeń i wielokrotnie w konsekwencji śmierć;

umieszczaniu na wiele godzin w tak zwanym karcerze, gdzie więźniowie musieli stać w wodzie sięgającej do piersi, co w niektórych przypadkach prowadziło do śmierci więźnia przez utopienie;

zmuszaniu więźniów do leżenia warstwami na sobie i tworzenia tak zwanej piramidy składającej się z kilkunastu mężczyzn, co u więźniów znajdujących się w dolnych warstwach powodowało powstawanie rozległych obrażeń wewnętrznych i w konsekwencji śmierć;

zmuszaniu więźniów do leżenia na ziemi, a następnie chodzeniu po nich, co powodowało powstawanie rozległych obrażeń i w niektórych przypadkach w konsekwencji śmierć;

Natomiast drugi zarzut dotyczy różnych form fizycznego i psychicznego znęcania się nad więźniami, m.in.:

bicia,
zmuszania do zlizywania z podłogi miału węglowego,
zmuszania do wzajemnego bicia się współwięźniów - m.in. dwa ujawnione przypadki zmuszania do wzajemnego bicia się ojca z synem;
zmuszania do wielogodzinnego stania na placu obozowym bez jedzenia i picia, niejednokrotnie w trudnych warunkach pogodowych
zmuszania do śpiewania nazistowskich pieśni i dodatkowym biciu za nieznajomość tekstu;

Zarzuty wobec Morela oparto przede wszystkim na zeznaniach ponad 100 świadków, spośród których pięćdziesięciu ośmiu było więźniami obozu w Świętochłowicach Zgodzie.

Szerzej na temat funkcjonowania obozu w Świętochłowicach:

Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945. Dokumenty, zeznania, relacje, listy, wybr, wstęp i oprac. Adam Dziurok, Warszawa 2002, ss. 248, seria: Dokumenty IPN, t. 7.

Obozowe dzieje Świętochłowic Eintrachthűtte - Zgoda, red. Adam Dziurok, Katowice-Świętochłowice 2002, ss. 160, seria: Konferencje IPN, t. 5 (tam lista ofiar - także na stronie internetowej ipn.gov.pl).


--------------------------------------------------------------------------------

[1] Według zeznań jego sąsiadów z czasów przedwojennych na Salomona wołano Szlama, Zeznania w aktach śledztwa prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Katowicach - dalej IPN Ka, Akta śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych w obozie pracy w Świętochłowicach-Zgodzie, sygn. S 61/01/ZK, k. 2316, 2325.

[2] Akta osobowe Salomona Morela, życiorys z 21 IV 1947 r. (kserokopia w IPN Ka, Akta śledztwa..., k. 2156-2157).

[3] Jego były dowódca, Mieczysław Moczar wystawił mu zaświadczenie, że "służył w oddziałach partyzanckich na terenach A.L. Lubelszczyzny i brał czynny udział w walce z niemcami", tamże, k. 2172-2173.

[4] Tkaczyk ukrywał ich w oborze i stodole, a jego matka ich karmiła. Tkaczyk zeznał, że w jego domu mieszkał posterunkowy, który zamordował rodzinę Morelów. Za ukrywanie Salomona i Icka Tkaczyk otrzymał medal "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata", IPN Ka, Akta śledztwa..., Zeznanie Józefa Tkaczyka, k. 2325-2327.

[5] Archiwum Akt Nowych (dalej AAN), MBP, Departament Więziennictwa (dalej DW), sygn. 7/24.

[6] List Salomona Morela do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach z 7 XI 1992, IPN Ka, Akta śledztwa..., k. 78-81, zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku. Dokumenty, zeznania, relacje, listy, wybór, wstęp i oprac. A. Dziurok, Warszawa 2002, s. 89-92.

[7] F. Piper, Podobóz "Eintrachthütte", "Zeszyty Oświęcimskie", nr 17 (1975), s. 91-153.

[8] W tekście wykorzystano fragmenty artykułu A. Dziuroka, Więźniowie obozu w Świętochłowicach-Zgodzie w 1945 r., [w:] Obozowe dzieje Świętochłowic. Eintrachthütte- Zgoda, red. A. Dziurok, Katowice-Świętochłowice 2002, s. 69-77.

[9] Aleksy Krut ur. 17 VI 1925 r. w rodzinie prawosławnej w Ostrowie pow. Chełm. W 1943 r. wstąpił do "Zbrojnych Placówek" PPR. W 1944 r. wstąpił do PUBP w Chełmie, a w styczniu 1945 r. pojechał do szkoły oficerskiej MBP w Lublinie. Pełnił m.in. obowiązki naczelnika więzienia w Kluczborku (1946), Sosnowcu-Radocha (1947), Koronowie (1947-1949). Zmarł w 1963 r.; Areszt śledczy w Bydgoszczy, Akta personalne Aleksego Kruta.

[10] Świętochłowicki obóz podlegał osobom, którym obca była problematyka narodowościowa Górnego Śląska. Świadczy choćby o tym zdziwienie Morela, gdy dowiedział się, że w obozie przebywa ojciec oficera, który wcześniej walczył w wojsku niemieckim, a pod Lenino zdezerterował i został żołnierzem Wojska Polskiego. Morel załatwił wówczas zwolnienie tej osoby - posiadacza II grupy volkslisty. Przyznał wówczas, że przypadek ten dał mu dużo do myślenia, gdyż nie znał "stosunków ludnościowych na śląsku". Dowodził również, że z czasem nabierał doświadczenia życiowego, a szczególnie cenne miały być dla niego kontakty z miejscową ludnością oraz działaczami i piłkarzami klubu "Ruch Chorzów", zob. List Salomona Morela ......z 7 XI 1992 r.

[11] Artykuł 1 tego dekretu przewidywał, że "Obywatel polski, który w okresie okupacji niemieckiej na terytorium t.zw. Generalgouvernement i województwa białostockiego (...). zadeklarował przynależność do narodowości niemieckiej (...), podlega, (...) umieszczeniu na czas nieoznaczony w miejscu odosobnienia (obozie) i poddaniu przymusowej pracy", Dz.U. nr 11/44, poz. 54.

[12] "Gazeta Urzędowa Województwa Śląskiego" 1945, nr 1, poz. 11.

[13] Np. w Syryni doszło do aresztowań na podstawie listy sporządzonej przez wójta sąsiedniej miejscowości. Zatrzymano i skierowano do "Zgody" kilkunastu mieszkańców z volkslistą, ale nie wiadomo według jakiego klucza. Wszyscy mieszkali na stałe w Syryni, pracowali na roli i w kopalniach, nie mieszali się do polityki. Żaden z nich nie był w Wehrmachcie, Historia do wyjaśnienia, "Nowiny", nr 26/1995, s. 7.

[14] IPN Ka, Akta śledztwa..., Zeznanie Józefa Wiesiołka, k. 57-59; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 111-112.

[15] AAN, MBP, DW, sygn. 3/200; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku..,, s. 224-230.

[16] IPN Ka, Akta śledztwa..., Zeznanie Doroty Boreczek, k. 718-724; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 139.

[17] IPN Ka Akta śledztwa..., k. 1698.

[18] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 37.

[19] AAN, MBP, DW, Wydział Inspekcji, Raporty statystyczne dot. starców i dzieci do 13 lat i 60 lat - 1945, 2/155, cz. I, k. 68, 179; cz. II, k. 4, 102.

[20] W maju było tam jedno dziecko, a w sierpniu dwójka dzieci w wieku do półtora roku, AAN, MBP, DW, Wydział Inspekcji, Raporty statystyczne dot. starców i dzieci do 13 lat i 60 lat - 1945, 2/155, cz. I, k. 68, cz. II, k. 102; nie jest to z pewnością statystyka pełna. Jedna z więźniarek wspomina, że widziała w baraku, w którym przebywała dwie lub trzy kobiety z dziećmi liczącymi około 6-7 lat, Relacja Melanii Uherek, Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 176; działo się to w sytuacji, gdy Dyrektor Departamentu Więziennictwa i Obozów mjr Teodor Duda już 14 kwietnia 1945 r. zabronił przyjmowania do więzień i obozów dzieci do lat 13. Pouczył przy tym naczelników więzień i obozów, że dzieci pozostające w więzieniach i obozach przy rodzicach podlegają opiece miejscowych Rad Narodowych, AAN, MBP, DW, Wydział Inspekcji, Raporty statystyczne dot. starców i dzieci do 13 lat i 60 lat - 1945, 2/155, cz. I, k. 53.

[21] IPN Ka, Akta śledztwa..., Odpisy zupełne aktów zgonu więźniów Obozu Pracy w Świętochłowicach.

[22] Zob. Raporty statystyczne o zaludnieniu obozu, Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 42, 52.

[23] AAN, MBP, DW, sygn. 4/162, k. 107-108, Odpowiedź Naczelnika Obozu Pracy w Świętochłowicach z 15 IX 1945 r. do Departamentu Więziennictwa i Obozów MBP; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku..., s. 55-56.

[24] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 55.

[25] Tamże, s. 147.

[26] Tamże, Relacja Melanii Uherek, s. 176.

[27] Tamże, Zeznanie Józefa Wiesiołka, s. 112.

[28] Tamże, s. 62; Morel podaje, że na terenie obozu istniały jeszcze warsztaty samochodowe, a spora grupa więźniów miała być zatrudniona w administracji i biurach, tamże, s. 89.

[29] Tamże, s. 77.

[30] Tamże, s. 76..

[31] Zob. IPN Ka, Akta śledztwa... .

[32] G. Gruschka, Zgoda-miejsce zgrozy. Obóz koncentracyjny w Świętochłowicach, Gliwice 1998, s. 51.

[33] F. Brachmann, Powrót na Śląsk, "Karta" 1998, nr 26, s. 33.

[34] Ci więźniowie, którzy przeżyli epidemię, zostali przydzieleni do bloków 1 i 2, natomiast kobiety i dziewczęta do bloku 3, G. Gruschka, Zgoda-miejsce zgrozy..., s. 51, 53.

[35] Statystyka sporządzona na podstawie odpisów aktów zgonu, IPN Ka, Akta śledztwa..., Odpisy zupełne aktów zgonu więźniów Obozu Pracy w Świętochłowicach.

[36] Tamże.

[37] AAN, MBP, DW, sygn. 3/2, k. 1; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku..., s. 48.

[38] Archiwum Państwowe w Katowicach, Urząd Wojewódzki Śląski, Wydział Ogólny, sygn. 271, k. 58.

[39] H. Dominiczak, Organy bezpieczeństwa PRL 1944-1990. Rozwój i działalność w świetle dokumentów MSW, Warszawa 1997, s. 72.

[40] Informacje te podaje Jakub Ciećkiewicz reportażu "Niemcy i Polacy" (maszynopis w IPN Ka, Akta śledztwa..., załącznik do akt). Pastor, który udzielił tych informacji nie pracuje już w Świętochłowicach, a obecny pastor nie jest w stanie potwierdzić istnienia takich zapisów.

[41] AAN, MBP, DW, sygn. 2/137, k. 11; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 78.

[42] IPN Ka, Akta śledztwa..., Odpisy zupełne aktów zgonu więźniów Obozu Pracy w Świętochłowicach.

[43] AAN. MBP, DW, sygn. 4/162, k. 139, zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 49.

[44] AAN, MBP, DW, sygn. 4/162, k. 107-108, Odpowiedź Naczelnika Obozu Pracy w Świętochłowicach z 15 IX 1945 r. do Departamentu Więziennictwa i Obozów MBP; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku..., s. 55-56.

[45] AAN, MBP, DW, Wydział Inspekcji, Raporty statystyczne dot: starców i dzieci do 13 lat i 60 lat - 1945, 2/155, cz. I, k. 179.

[46] IPN Ka, Akta śledztwa..., Zeznanie Józefa C., k. 916-918.

[47] IPN Ka, Akta śledztwa... .

[48] Okólnik nr 107 z 27 XI 1945 r., kopia w IPN Ka, Akta śledztwa..., k. 486.

[49] Świadczy o tym choćby przykład jednego z więźniów, oskarżonego o przynależność do SA, który zmarł w świętochłowickim obozie podczas epidemii tyfusu 2 sierpnia 1945 r. Nikt nie poinformował właściwej władzy o zgonie więźnia. Nieświadomy niczego prokurator 4 miesiące po śmierci więźnia przygotował akt oskarżenia i wysłał do obozu. Dopiero w marcu 1946 r. otrzymał odpowiedź, że oskarżony nie może stawić się na rozprawę, gdyż już od sierpnia 1945 r. nie żyje, Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 24.

[50] A. Dziurok, Śląskie rozrachunki. Władze komunistyczne a byli członkowie organizacji nazistowskich na Górnym Śląsku w latach 1945-1956, Warszawa 2000, s. 139.

[51] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 149.

[52] AAN, MBP, DW, sygn. 4/162, k. 107-108, 138; zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 50, 55.

[53] Przedstawione powyżej przypadki i metody znęcania się nad więźniami świętochłowickiego obozu opisano szerzej we wniosku o tymczasowe aresztowanie i ekstradycję Salomona Morela, IPN Ka, Akta śledztwa..., k. 2331-2341.

[54] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 78.

[55] IPN Ka, Akta śledztwa..., k. 735.

[56] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 53-54.

[57] W przypadku Jerzego Johna z Chorzowa, w akcie zgonu jako przyczynę śmierci podano dur brzuszny, zaś w doniesieniu zgonu podpisanym przez Morela odnotowano: "przez zastrzelenie".

[58] List Salomona Morela do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach z 7 XI 1992, IPN Ka, Akta śledztwa..., k. 78-81, zob. także Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku..., s. 89.

[59] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 28.

[60] Rozkaz z 15 IX 1945 r.,kopia w IPN Ka, Akta śledztwa..., k. 484.

[61] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.., s. 78.

[62] Tamże, s. 145.

[63] AAN, MBP, DW, Wydział Inspekcji, Dodatkowe załączniki do protokołu zdawczo-odbiorczego Obozu Pracy w Świętochowicach (w likwidacji), sygn. 2/138, k. 1.

[64] Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945 roku.. ,s. 61-75, 79.

[65] AIPN Wa, Sąd Okręgowy w Cieszynie, sygn. 131, k. 67, 31, 58.

[66] Wielu z nich zmarło w obozie, jak np. Paweł Schmidt - jeden z Ortsgruppenleiterów NSDAP w Bielsku, APKat, PZZ Okręg Śląski, Wykazy zbrodniarzy wojennych, k. 52; na początku lat 80. Jerzy Ziętek w rozmowie z Henrykiem Piecuchem miał powiedzieć: "W Świętochłowicach mało było gestapowców, wielu Ślązaków. W tym cała tragedia. Warunki były straszne. W ciągu kilku miesięcy zmarło lub zostało zamordowanych blisko dwa tysiące osób", H. Piecuch, Akcje specjalne: od Bieruta do Ochaba, Warszawa 1996, s. 27-28.

[www1.ipn.gov.pl/portal/pl/2/812/]


_______________________________
 
"Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i
- Hymn do miłości Ojczyzny

 
ohaio
 Wysłana - 1 marzec 2007 12:39       [zgłoszenie naruszenia]

[wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3954782.html]

S.M. zmarł.
_______________________________
 
Kto chce prowadzić ludzi,
Musi mieć dokąd.

[Powiadom mnie, jeśli ktoś odpowie na ten artykuł.]


Odpowiedzi jest na 3 strony.   poprzednia

Wybierz stronę:  
Przegląd tygodnia | Wyślij odpowiedź

Salomon Morel - zbrodniarz PRL-owski

Strony: 1 2 3
 
Warto przeczytać: Głosy z piekła | Wizje | kolorowe światła? | Moje dłonie. | Przewidywanie ŚMIERCI | Deżawi <- Co o tym sadzicie, na czym to polega czy da sie to opanowac | kobieta ktorej zgon stwierdzono 3 razy | 1000.000 $ za wywołanie ducha | straszne duchy | jasnowidz czy...??? | horoskopy - czy wierzysz? | Jogin zakopany w ziemii, odkopany żywy | Demonologia | przesunal pociag sila woli | UFO to nie problem wiary... | Replika Sten | jedynak | arcyhultaja | Nicci | zostawiła mnie | lajla93 | ariel771 | nissan gtr | frog79 | szczoteczka | leginsy | bez stanika | kia sorento | pcts | filmy podrywaczy | lajla93- | annamarie goddard | irina voronina | tatuaż koszulka | Biznes

 
Polecamy: KSW | Komputery | Nauka

wersja lo-fi


Copyright 2000 - 2014 SFD S.A.
 
Powered by Pazdan ForKat 4.0